wtorek, 3 października 2017

cabbage soup

Po raz pierwszy postanowiłam sięgnąć po bardziej polskie smaki i wybrałam sobie z książki kucharskiej tym razem kapuśniaczek. Książka to Sezonowe Warzywo, z której próbowałam już kilka bardziej oryginalnych dań, a teraz chciałam postawić na prostotę. I chyba pogoda za oknem nastraja do takich potraw.
Kimchi, które jest wymienione w składnikach zastąpiłam kapustą kiszoną, niestety kupionej, a nie własnoręcznie zrobionej. Danie jednak na pewno powtórzę, jak tylko przygotuję kiszonki.


potrzebne składniki

1 szklanka czerwonej soczewicy
1 l wody
2-4 duże pomidory
1 szklanka kimchi
1 łyżka sosu sojowego
posiekana natka pietruszki
kolendra

Soczewice opłukaną na sicie należy gotować pod przykryciem przez około 10 minut.
Pomidory obieramy ze skórki i kroimy na drobno, a następnie dodajemy do garnka z soczewicą razem z kiszoną kapustą lub kimchi. Gotujemy przez około 20 minut aż soczewica zmięknie. Pod koniec dodajemy sos sojowy.
Zupę podajemy posypując ją świeżo posiekaną natką pietruszki i kolendrą.

środa, 13 września 2017

Nadan kerala parippu carry


Tym razem podróżując po orientalnych sklepikach Londynu natrafiłam na ziarnka, które w pierwszej chwili przypomniały mi grecką fawę. Po zapoznaniu się jednak z opakowaniem przeczytałam, że są to żółte ziarnka fasoli mung. Wydaje mi się, iż do tej porty znałam jedynie kiełki fasoli mung i chyba zielone ziarna, nie wiem niestety czym różni się fasolka o różnym kolorze od siebie.
Fasola mung którą kupiłam pochodzi z Tajlandii, jednakże jest uprawiana również w Chinach i Indiach. To bogate źródło białka i błonnika, jest więc idealna w diecie wegetariańskiej, ma działanie antyoksydacyjne, a także zawiera szereg witamin A, B, C, K i E. Fasolka mung łagodzi również stres.
W kuchni ajurwedyjskiej jest idealnym składnikiem dla doszy Pity, ponieważ chłodzi organizm. Przypisuje się jej również właściwości antyrakowe, a jeżeli chodzi o urodę, to ziarnka bogate są w fitoestrogeny, które opóźniają procesy straszenia się skóry.
I to wszystko udało mi się zakupić przez całkowity przypadek, ale mam takie przeczucie, że fasola mung już na stałe wejdzie do mojego jadłospisu.

W pierwszej kolejności postanowiłam wykorzystać ją do indyjskiego przepisu na Keralski dal z mojej ulubionej strony z potrawami tejże kuchni. Recepturę zmodyfikowałam, usuwając z niej kokos.

Potrzebne składniki

1 szklanka fasoli mung
1/2 łyżeczki kurkumy
sól

pasta przyprawowa:
1/2 łyżeczki nasion kminu rzymskiego
1 ząbek czosnku
1-2 szalotki (ja użyłam czerwoną cebulę)
1-2 zielone papryczki chili (ja użyłam czerwoną)
woda

do podsmażenia:
1 łyżeczka nasion gorczycy
2 szalotki
10-12 listków curry (ja użyłam liście kaffiru)
1-2 suszone papryczki chili

Fasolkę należy ugotować w litrze wody aż będzie miękka i zacznie się rozpadać. 
Składniki na pastę blendujemy w malakserze aż do uzyskania gładkiej pasty. Do ugotowanej fasolki dodajemy kurkumę, rozgniatamy widelcem a następnie łączymy z pastą przyprawową i gotujemy jeszcze przez około 5 minut.
Na oliwie podsmażamy gorczycę i kmin, a po chwili dodajemy pokrojoną w paseczki cebulkę, chili i liście curry i smażymy aż cebula się zeszkli.
Do gotowego dalu dodajemy podsmażone przyprawy i podajemy.

piątek, 11 sierpnia 2017

triathlon energy bar

Starając się od chyba ostatniego półrocza nadgonić za wszystkimi treningami triathlonowymi zaniedbałam się w przyrządzaniu domowych specjałów, a na pewno zaniedbałam pisanie o nich. Czas nadszedł aby to zmienić, i ponownie powracam z przepisem na batoniki energetyczne, idealne podczas i po treningu. Rynek zapełnił się nagle gotowymi produktami i już już chwytałam za taki batonik w jednym ze sklepów, gdy w ostatniej chwili powstrzymałam się i powróciłam do półki ze zdrową żywnością i bakaliami, aby wybrać składniki na batoniki domowej produkcji.


Tym razem sięgnęłam do zapasów z zakupów w pakistańskiej dzielnicy Luton i oprócz typowych rodzynek dodałam także anardana, czyli suszone pestki granatu. Mają kwaśny smak, co myślę że w ciekawy sposób złamie słodkość batonik. Wśród właściwości anardany wymienia się przede wszystkim wspomaganie trawienia.


Kolejną nowością której użyłam są suszone owoce berberysu, które z kolei udało mi się zakupić na targu w Wiedniu. Wspomagają one odporność organizmu, działają przeciwbólowo i przeciwgorączkowo. Berberys jest także polecany dla osób żyjących w stresie - uspokaja i wycisza, a także poprawia koncentrację.


potrzebne składniki


150 gr daktyli suszonych bez pestek
szklanka płatków owsianych
szklanka płatków orkiszowych
szklanka płatków owsianych
garść pestek słonecznika
garść rodzynek
garść owoców berberysu
garść suszonych pestek granatu
pół gorzkiej tabliczki czekolady, posiekanej
kakao
odżywka białkowa

Posiekane na drobno daktyle zalewamy w małym garnuszku zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia a następnie gotujemy jeszcze przez 5-10 minut aż zupełnie zmiękną. Odstawiamy na bok do ostygnięcia.
Pozostałe składniki mieszamy ze sobą, dodajemy miksturę z daktylami, a następnie przekładamy do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i mocno dociskamy do dna.
Całość pieczemy w piekarniku rozgrzanym do około 180 stopni przez około 30 minut.

czwartek, 27 kwietnia 2017

abyssinian oil


Olej abisyński powstaje z nasion modraku abisyńskiego. To jednoroczna roślina występująca w rejonie Morza Śródziemnego, a dokładnie na Wyżynie Abisyńskiej.
Olej abisyński bogaty jest w kwas erukowy - nienasycony kwas omega-9. Dzięki jego obecności olej wykazuje niezwykłe działania nawilżające. Tworzy również na skórze niewidzialną warstwę ochronną, która powoduje utrzymanie wysokiego poziomu nawodnienia skóry i chroni ją przed czynnikami zewnętrznymi.
Oprócz kwasu erukowego olej zawiera także kwasy tłuszczowe: palmitynowy, palmitoleinowy – oleinowy, linolowy, stearynowy, linolenowy arachidowy, behenowy i lignocerynowy.
Charakteryzuje się jasnym słomkowym kolorem i prawie bezwonnym zapachem.
Wykazuje działanie antyoksydacyjne dzięki czemu doskonale chroni przed wodnymi rodnikami i powstrzymuje proces starzenia się skóry. Nadaje skórze elastyczność i przyspiesza regenerację naskórka.
Poza stosowaniem na skórę twarzy olej można również wykorzystać w preparatach pielęgnacyjnych przeznaczonych do włosów, dłoni, paznokci, stóp. Z olejem abisyńskim można również wykonać kąpiel, dzięki czemu nasze ciało pozostanie miękkie i nawilżone. Olejek można także  wykorzystać po opalaniu, gdyż dzięki swoim właściwościom nawilżającym przyniesie ukojenie po zbyt długiej ekspozycji na promienie UV.
W swojej pielęgnacji od dnia dzisiejszego zastąpię do tej pory używany przeze mnie olej ze słodkich migdałów olejem abisyńskim i będę stosowała czysty olej bezpośrednio na skórę twarzy. Na razie nie będę łączyła go z innymi składnikami ponieważ jestem ciekawa efektów jakie przyniesie sam olejek.
Jednym z pierwszych pozytywnych aspektów jest to, że olej nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Jestem bardzo ciekawa dalszych efektów.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Dal Tadka

Jeszcze ponad dwa lata temu moimi ulubionymi daniami były te proste, wykonane z małej liczby składników, o konkretnych i wyrazistych smakach, z maksymalnie trzema przyprawami i ziołami.
Dziś świetnie odnajduję się także w skomplikowanych przepisach, łączących w sobie kilka smaków. I taka jest właśnie dla mnie kuchnia indyjska, w której dopiero raczkuję.
Dal Tadka to indyjskie curry, czyli danie w formie sosu z warzywami. Dal oznacza nic innego jak warzywa strączkowe, natomiast słowo Tadka w nazwie dania wskazuje na to, że zostało ono doprawione na koniec przyprawami, które były podsmażone na gorącym tłuszczu.
Przepis otrzymałam od znajomego z pracy.


potrzebne składniki

1 szklanka czerwonej soczewicy
1 cebula
2 pomidory
2 ząbki czosnku
2-centymetrowy korzeń imbiru
1/4 łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka soli
3 szklanki wody
3 łyżki oliwy
sok z cytryny

składniki na Tadkę

1/2 łyżeczki ziaren kminu rzymskiego (ja użyłam mielonego)
1 łyżeczka ziaren gorczycy
1 zielona papryczka chili (ja użyłam czerwonej pepperoni)
kilka listków curry (ja użyłam liście kaffiru)

Posiekaną cebulę musimy zeszklić na gorącej oliwie rozgrzanej w garnku, dodajemy kurkumę, sól, czosnek oraz imbir, podsmażamy i mieszamy. Następnie dodajemy pokrojone na małe kawałki pomidory i dalej chwilę smażymy.
Do garnka wsypujemy wypłukaną wcześniej soczewicę i zalewamy ją wodą. Dusimy pod przykryciem przez około 20 minut.
Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy przyprawy na Tadkę: kmin rzymski, gorczycę, posiekaną papryczkę oraz kilka listków curry. Smażymy przez chwilę a następnie tak gotowe przyprawy dodajemy do garnka z soczewicą. Całość jeszcze przez chwilę dusimy pod przykryciem. Solimy do smaku i dodajemy odrobinę soku z cytryny.

sobota, 22 kwietnia 2017

cocoa & coco body butter

Kilka znajomych osób opowiadało mi o tym, że jeśli masło do ciała zmiksuję mikserem, to uzyskam przyjemną puszystą masę. Do tej pory, przyznam szczerze, trochę bałam się tego eksperymentu, i ograniczałam się do roztapiania wszystkich składników w kąpieli wodnej, a następnie pozostawiałam do zgęstnienia. Taka konsystencja mi samej bardzo odpowiadała, ale kiedy postanowiłam wykonać masło do ciała na prezent, stwierdziłam, że można w tej materii trochę zaryzykować.

potrzebne składniki


masło kakaowe
masło shea
olej kokosowy
olej z krokosza

Wszystkie składniki w takiej samej ilości rozpuściłam w kąpieli wodnej, a następnie odstawiłam do ostygnięcia. Ponieważ masa nie chciała zgęstnieć, wstawiłam ją na trochę do zamrażarki, do momentu aż zaczęła przybierać białą barwę. Następnie całość miksowałam zwykłym mikserem kucharskim, do uzyskania puszystej konsystencji.
Zdecydowałam się jedynie na jeden produkt oleisty (myślę, że olej z krokosza można również zastąpić oliwą z oliwek) i nie dodawanie utwardzacza, gdyż za niego służyło mi masło kakaowe. Także ze względu na jego obecność i przyjemny zapach oleju kokosowego, postanowiłam nie dodawać żadnego olejku zapachowego.


Efekt jest powalający. Nie dość, że samego produktu jest zdecydowanie więcej, to przyjemnie rozprowadza się na skórze, Przepis ten na pewno będę powtarzać niejednokrotnie.

winter mood - Wielka Rycerzowa

Na swoją pierwszą prawdziwą górską wyprawę zostałam zabrana na Wielką Rycerzową. I miejsce to chyba już do końca mojego życia pozostanie owiane pewnym romantyzmem i czułością.
Ale zacznę od samego początku. W Beskid Żywiecki wyruszyliśmy samochodem z rana, i muszę przyznać, że trasa układała się bardzo malowniczo, aż do zjazdu z Żywca, gdzie samochód zaczął przemieszczać się po co raz mniejszych drogach, by w końcu po wyjechaniu z Ujsoł przenieść nas w nagle iście zimowy górski krajobraz. Jedyne na co miałam ochotę, to otworzyć okno i chłonąć zimne powietrze na moich policzkach.
Samochód postanowiliśmy zostawić na parkingu przy drewnianym kościółku we wsi Soblówka, by stamtąd wyruszyć czarnym szlakiem pod górę. Dystans wynosił około 6 km, przewyższenie około 500 metrów. Schronisko informowało, że jest to jedyny szlak, którym da się dotrzeć na górę, wiódł on jednak drogą utartą, wydaje się że zbudowaną (ciężko ocenić w zimowych warunkach).


Niezbyt zmęczeni, jednak trochę już głodni dotarliśmy do Bacówki PTTK na Rycerzowej, która miała stanowić dla nas schronienie na noc. Zostawiliśmy więc nasze bagaże, wypiliśmy piwko i wyruszyliśmy, aby zdobyć szczyt i pętelką przez Przełęcz Przysłop niebieskim i żółtym szlakiem wrócić do schroniska.


Wielka Rycerzowa to szczyt o wysokości 1226 m n.p.m, znajdujący się na głównej grani, na granicy Polski i Słowacji. Z tego punktu, można dostrzec niewiele (a może nam się po prostu nie udało?), z samej hali natomiast widzieliśmy Babią Górę, Pilsko, same Tatry (co podobno zdarza się tylko przy naprawdę dobrej widoczności), a z trochę wyższego położenia w kierunku szczytu - Małą Fatrę.




Robiąc kółko wokół schroniska dotarliśmy do Przełęczy Przysłop znajdującej się na wysokości 940 m n.p.m. i pomiędzy szczytami Wielkiej Rycerzowej i Świtkowej. Grzbietem Przełęczy Przysłop przebiega granica polsko-słowacka, i to właśnie tutaj znajdowało się kiedyś przejście graniczne. Grzbietem przełęczy przebiega także Wielki Europejski Dział Wodny pomiędzy zlewiskiem Morza Czarnego a Morza Bałtyckiego. 



Po powrocie zjedliśmy porządną kolację w Bacówce, i tutaj godna polecenia jest zdecydowanie specjalność Bacówki, czyli racuszki z sosem borówkowym. Z racji braku elektryczności w schronisku (prąd włączany jest jedynie na 2h w nocy, dzięki czemu można podładować telefony i wziąć prysznic w ciepłej wodzie), wszyscy goście zbierają się w jadalni przy kominku. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć przypadkowych spotkań (jakże byłam zdziwiona, kiedy mężczyzna spożywający kolację na przeciwko nas w samotności nagle zorganizował sobie gitarę i sam do siebie zaczął grać i śpiewać, a po dłuższej chwili dołączyli się do niego inni), i zawierania nowych znajomości (trzech mężczyzn nagle wstało, powiedziało, że idzie rozpalić ognisko i wszyscy są zaproszeni, z czego chętnie skorzystaliśmy).


Następnego dnia z rana musieliśmy niestety już wracać, i na drogę powrotną obraliśmy szlak żółty, zdecydowanie ciekawszy, chociaż niemało mieliśmy problemów aby wpierw go odnaleźć, brnąc po kolana w śniegu, a potem nie zgubić.
Pobyt na Rycerzowej zdecydowanie pobudził moje zainteresowanie. Już teraz zapisałam się na bieg Mała Rycerzowa, który ma miejsce w sierpniu, i jeśli tylko okoliczności będą sprzyjające to się na niego wybiorę. Wieczora spędzonego przy piwie w Bacówce snuliśmy także plany na przejście szlaku granią, latem, od schroniska do schroniska. I mam nadzieję, że plan ten zostanie kiedyś zrealizowany.