środa, 28 grudnia 2016

veggiestan & kushari

Kushari to narodowe danie egipiskie wywodzące się jeszcze z XIX wieku, a w czasach dzisiejszy sprzedawane w Egipcie na ulicznych straganach.
Składa się z przedziwnego połączenia ryżu, makaronu, soczewicy i ciecierzycy. Przyznam się jednak, że łączenie roślin strączkowych z makaronem nie jest mi jednak obce, gdyż to właśnie taki danie jest źródłem białka pełnowartościowego, dzięki tzw. efektowi uzupełniania się aminokwasów. A takie źródło białka jest idealne dla sportowców na diecie wegetariańskiej.


potrzebne składniki

300 gr ryżu basmati
250 gr brązowej soczewicy
3 duże cebule
3-4 zielone chilli
2-3 ząbki czosnku
8 pomidorów
1 łyżka harissy
2 łyżki czerwonego octu winnego
50 ml wody
300 gr małego mkaronu
sól
oliwa

Ryż należy umyś i ugotować. Soczewicę płuczemy i również gotujemy.
Na patelni podgrzewamy oliwę, na której podsmażamy posiekane dwie cebule, aż będą chrupiące. Zdejmujemy za pomocą łyżki cedzakowej i odkładamy na bok. Na tej samej patelni podsmażamy pozostałą cebulę z posiekanymi chilli i czosnkiem. Niestety nie mogłam znaleźć nigdzie zielonego chilli, dlatego użyłam jednej czerwonej, Kiedy cebulka zmięknie dodajemy do niej pokrojone pomidorki, po chwili harissę, ocet winny i wodę. Przyprawiamy do smaku i dusimy. W tym czasie gotujemy makaron.
Kiedy wszystkie składniki są gotowe, na talerzu układamy kolejno ryż, soczewicę i makaron. Całość polewamy sosem i posypujemy chrupiącą cebulką.

Jedna papryczka chilli nie nadała zbytnio ostrości, dlatego następnym razem z pewnością użyłabym jej więcej.

środa, 30 listopada 2016

winter mood - gingerbread


Z pierwszym śniegiem za oknem, z dojazdem do domu, który trwał dwie i pół godziny, a do pokonania było jedynie około czterdziestu kilometrów, z pierwszymi dekoracjami świątecznymi - czuć już, że zima, czuć, że święta, chociaż jeszcze ostatnie dni listopada.
Zima pachnie mi goździkami, pomarańczą, imbirem i cynamonem. Zima pachnie mi piernikami.

potrzebne składniki


3 i 1/3 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki kakao
3/4 szklanki cukru pudru
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
2,5 łyżki przyprawy korzennej do piernika
szczypta soli
skórka otarta z jednej pomarańczy
180 gr masła
1 jajko
3/4 szklanki melasy
55 gr gorzkiej czekolady

Do jednej miseczki przesiewamy mąkę pszenną, kakao, cukier puder, sodę, przyprawę korzenną i sól.
W małym garnuszku umieszczamy masło, melasę i gorzką czekoladę. Podgrzewamy i mieszamy do momentu kiedy składniki się rozpuszczą i połączą, po czym odkładamy do ostudzenia.
Do suchych składników wbijamy jajko, lekko ciepłą masę oraz skórkę pomarańczową, a następnie całość miksujemy. Całość przykrywamy dokładnie folią spożywczą i odkładamy na około dwie godziny do lodówki.
Po tym czasie ciasto powinno stężeć i nie powinno się kleić. Wyjmujemy je wtedy partiami z lodówki, rozwałkowujemy na grubość około 3 mm, wykrajamy w formę pierniczków.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez około 10-12 minut.


Gotowe pierniczki wyjmujemy i studzimy na kratce, a następnie dekorujemy.


Pierniczki przechowujemy w szczelnie zamkniętym pojemniku. Potrzebują trochę czasu, aby zmięknąć, lecz aby przyspieszyć ten proces możemy do pojemniczka włożyć kilka plasterków jabłka,

wtorek, 29 listopada 2016

winter mood - ginger peeling


Niewątpliwie jestem zwolenniczką domowych peelingów do ciała. Mogę dzięki temu eksperymentować z teksturą kosmetyku, wpływać na jego działanie, a coś co jest potrzebne zimową porą to przede wszystkim nawilżanie, gdyż moja skóra bardzo łatwo się wysusza ze względu na zimny wiatr i suche powietrze z ogrzewania. Mogę dodać składniki rozrzewające, które idealnie sprawdzają się podczas kąpieli zaraz po przyjściu z mroźnego podwórza. A wreszcie mogę wybrać ich zapach.

potrzebne składniki


sól 
soda oczyszczona
golden syrup
imbir
dowolny zapach (ja wybrałam pieczone jabłko)

Wszystkie składniki mieszamy ze sobą. Jeżeli masa jest zbyt gęsta możemy dodać dowolnego oleju rożlinnego. Do wykonania peelingu użyłam soli drobnoziarnistej, aby nie podrażniać zbytnio skóry. Dodałam sody oczyszczonej, która ma również właściwości zmiękczające i złuszczające. Golden syrup złagodzi działanie peelingu i wpłynie zmiększczająco na przesuszoną skórę.
Dzięki zastosowanym skłodnikom cały peeling ku mojemu zaskoczeniu wyglądem i zapachem przypomina domową szarlotkę.

poniedziałek, 31 października 2016

ŁUT 30

Dawno nic nie pisałam o bieganiu, bynajmniej nie z braku wykonywania tej czynności. Jednym z moich największych osiągnięć było przebiegnięcie niedalej jak ponad tydzień temu biegu górskiego o dystansie 30 km w czasie 3h38:21,6. Czy byłam do niego dobrze przygotowana? Wydaje mi się, że lepiej psychicznie niż fizycznie. Po raz pierwszy podczas pokonywania długiego dystansu nie nachodziły mnie czarne myśli i rozważania natury egzystencjalnej. Być może było to jadnak podyktowane bardzo trudnymi warunkami atmosferycznymi, jakimi był prawie ciągły na trasie deszcz oraz niska temperatura, a co za tym idzie ciągłe błoto, które nie pozwoliło na poprawianie czasu przede wszystkim podczas zbiegów.


Po raz pierwszy biegłam po tak malowniczej trasie. Prowadziła ona od Puław Górnych do Komańczy Głównym Szlakiem Beskidzkim. Nie zapomnę na pewno tych wąskich dróżek leśnych oraz zamglonych rozległych polan. Chyba dla przyjemności biegaczy pogoda postanowiła rozchmurzyć się na ostatniej płaskiej polanie, gdzie w końcu zmęczenie mogły zrekompensować niezmierzone widoki na Beskid Niski.
Zdjęć z biegu tym razem zabrakło, gdyż przede wszystkim bardzo mokre warunki na ich robienie nie pozwalały, a także wola walki, i niechęć do straty czasu przez cały proces wyjmowania aparatu głęboko ukrytego gdzieś w czeluściach plecaka.

http://www.ultralemkowyna.pl/pl/info
Na weekend zatrzymałam się w Krośnie, do którego zawitałam po raz pierwszy. Niestety tym razem nie starczyło czasu na przyjrzenie się temu miasteczku bliżej i zwiedzenie huty szkła z której Krosno słynie. To co zdążyłam zauważyć to rynek z renesansowymi kamienicami (to z tego powodu porównywany jest do Krakowa), a pod którymi spędziłam na wyśmienitym jedzeniu dwa wieczory.


Lepiej udało się zdecydowanie zwiedzanie Sanoku, położonego w malowniczej dolinie Sanu, która o tej porze roku przybrała wielokolorowe barwy jesieni. Trafiłam również do Muzeum Historycznego mieszczącego się w zamku. Poza zabytkami archeologicznymi z tych terenów, olbrzymich zbiorów ikon, mieści się tutaj też cała galeria poświęcona Zdzisławowi Beksińkiemu, który przekazał cały swój dorobek rodzinnemu miastu. Możemy tutaj obejrzeć nie tylko jego sztukę, ale także pracownię warszawską, pierwsze rysunki i próby malarskie. Sztuka ta to niewątpliwie bardzo destrukcyjny obraz świata, a tragiczne losy rodziny Beksińskich czynią tę sztukę bardziej rzeczywistą. Wciąż przede mną do obejrzenia grany ciągle na ekranach kin film Ostatnia Rodzina.


Teraz moim małym marzeniem jest powrót w te tereny i przemierzenie go nie biegiem, a spacerem, aby nadrobić braki w zdjęciach, a czasami w patrzeniu w górę i przed siebie, a nie tylko w dół w obawie przed potknięciem.

rajza do Jerozolimy

Jedną z podróży kulinarnych którą chciałabym przeżyć, to na pewno wyprawa po smaki i zapachy do Izraela. Żadne z miast nie wydaje mi się tak pociągające kosmopolitycznie kuchennie jak Jerozolima. A może to tylko moje wyobrażenie podsycane opowieściami znajomych o tym mieście pełnym ulicznego jedzenia?
Jego symbolem jest zdecydowanie falafel, do którego niezbyt chętnie się przymierzałam, ze względu na proces smażenia na głębokim tłuszczu, a jak wiadomo nie jestem ani jego fanką ani specjalistką od niego. Tym razem zadbałam jednak o pomocnika w kuchni, który mnie w tym szczęśliwie wyręczył.
Po przepisy sięgnęłam do swojej ulubionej książki w tej dziedzinie, o tytule Jerozolima.


potrzebne składniki

250 g ciecierzycy
1/2 cebuli
1 ząbek czosnku
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
2 łyżki posiekanej kolendry
1/2 łyżka mielonego kuminu
1/2 łyżki mielonego kardamonu
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1,5 łyżki mąki pszennej
olej roślinny do smażenia
ziarna sezamu

Ciecierzycę należy namoczyć przez noc w podwójnej ilości zimnej wody. Ja jednakże ze względu na dość późne zdecydowanie się na przyrządzenie falafeli użyłam ciecierzycy z puszki. Ciecierzycę mieszamy z posiekaną na drobno cebulką, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, pietruszką i kolendrą. Całość przepuszczamy przez maszynkę do mięsa (ja ze względu na jej brak użyłam zwykłego malaksera), aż wszystkie składniki będą dobrze posiekane, jednakże nie rozdrobnione zbyt mocno. Do tak powstałej masy dodajemy przyprawy (tym razem użyłam czarnego kardamonu i kolendry w ziarnach, które rozgniotłam w moździerzu), proszek do pieczenia, 1 łyżeczkę soli, mąkę oraz 3 łyżki wody. Następnie całość dobrze mieszamy ręką i odstawiamy do lodówki na co najmniej jedną godzinę. 
Po upływie tego czasu w rondelku o grubym dnie rozgrzewamy olej. Z masy formujemy małe kulki, obsypujemy ziarnami sezamu i smażymy po około 4 minuty, lub do momentu kiedy będą brązowe. Odsączamy je chwile na papierze i od razu podajemy.
Falafele wykonane wg tego przepisu są niezwykle aromatyczne, i chyba nie aż tak trudne w wykonaniu jak to pamiętam z ostatniej próby. Najlepiej smakują na ciepło w towarzystwie orzeźwiającej sałatki i sosu - tym razem pomidora z ogórkiem, cebulą, oliwą i świeżą kolendrą oraz domowym tzatziki.


Tego wieczora jednakże jeszcze jedno danie zrobiło furorę. Pierwotnie było wykonane z dyni piżmowej, którą tym razem z równym powodzeniem zastąpiłam batatami.

potrzebne składniki


1 dynia piżmowa
2 czerwone cebule
oliwa z oliwek
3,5 łyżki tahini
1,5 łyżki soku z cytryny
1 ząbek czosnku
za'atar
posiekana natka pietruszki

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 220 stopni C. Pokrojoną na kostkę dynię piżmową (lub podgotowane bataty) mieszamy z pokrojoną na większe kawałki cebulą, oliwą z oliwek i odrobiną soli. Tak przygotowane warzywa pieczemy przez około 30-40 minut, do momentu aż bedą miękkie i lekko przypieczone. 


W tym czasie przygotowujemu sos mieszając ze sobą pastę tahini, sok z cytryny, czosnek i sól. Jeśli sos jest zbyt gęsty możemy rozrzedzić go wodą, aby nabrał konsystencji miodu.
Upieczone warzywa polewamy sosem, posypujemy za'atarem i swieżo posiekaną natką pietruszki.

just another lip balm for winter

Zima zbliża się wielkimi krokami, wobec czego chyba jeszcze więcej będzie teraz o kosmetykach nawilżających ale i ochronnych. Zimna temperatura i wiatr wysusza moją skórę, stąd już nagła potrzeba na kolejny balsam do ust.


Tym razem sięgnęłam po masło mango, którego nigdy wcześniej nie stosowałam w żadnych kosmetykach. Otrzymywane jest ono z pestek owoców indyjskiego Drzewa Mango w procesie tłoczenia na zimno. Intensywnie nawilża skórę, przeciwdziała powstawaniu zmarczek jak i stanowi naturalny filtr przeciwsłoneczny, wobec czego idealnie nadaje się jako składnik produktów pielęgnacyjnych na zimę. Bogactwem masła mango jest kwas stearynowy i oleinowy.

potrzebne składniki


20 % wosku pszczelego
40 % masła mango
40 % oleju jojoba

Wszystkie składniki rozpuszczamy w kąpieli wodnej do połączenia, a następnie przelewamy do pojemniczka na balsam. Po wystygnięciu balsam jest gotowy do użycia.

wtorek, 25 października 2016

veggiestan & tahinopitta

Tahinopitta to nic innego jak znany mi z Grecji przysmak wykonany z ciasta i nadzienia z pasty sezamowej, czyli tahini, przygotowywane podczas Wielkiego Postu. Ciasto to jest również popularne na Cyprze.

na ciasto


7 gr suchych drożdży
50 gr cukru
100 ml ciepłej wody
500 gr mąki
szczypta soli
2 jajka, oddzielone żółtko od białka
200 ml śmietanki 36%
50 gr nasion sezamu
skórka i sok z 1 pomarańczy
225 gr schłodzonego niesolonego masła


Cukier i drożdże dodajemy do wody i odstawiamy na około 10 minut. Do dużej miski przesiewamy mąkę z solą, robimy mały dołek w środku do którego dodajemy żółtka, śmietankę, przygotowane wcześniej drożdże i mieszamy za pomocą drewnianej łyżki. Następnie dodajemy ziarna sezamu oraz skórkę pomarańczową, zagniatamy i odkładamy ciasto przykryte wilgotną ściereczką na około godzinę.

na nadzienie


250 ml pasty tahini
200 gr cukru
50 ml zimnej mocnej czarnej kawy
2 łyżki soku z pomarańczy
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1/2 łyżeczka mielonego kardamonu
1 łyżeczka pimentu

Pastę tahini ubijamy z cukrem, a następnie wlewamy kawę i sok z pomarańczy, aby ułatwić połączenie się składników. Dodajemy przyprawy i odstawiamy pastę do lodówki.

Po wyrośnięciu ciasto ugniatamy na stolnicy ,a następnie rozwałkowujemy na placek o około 1 cm grubości. Na ciasto wykładamy masło w postaci 1 centymetrowych kostek, po czym zaginamy ciasto. Wałkujemy jeszcze raz i jeszcze raz zaginamy, obracając ciasto o 90 stopni.

Odkładamy ciasto aby odpoczęło przez około 30 minut. Następnie rozwałkowujemy je na kwadraty o rozmiarze około 5 cm i 5 mm grubości. Nakładamy pastę z tahini na ciasto zostawiając około 5 mm od brzegów, a następnie rolujemy. Powstały wałeczek kroimi na około 15 mniejszych i delikatnie spłaszczamy palcami.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Wykładamy ciasteczka na papier do pieczenia i smarujemy z wierzchu ubitymi białkami. Pieczemy przez około 20 minut, albo gdy będą brązowe.

coffee

Temat kawy powraca do mnie niezmiennie. Każdego ranka, południa i popołudnia. Chętnie oddaję się rytuałowi przygotowania kawy, począwszy od wyboru ziarenek do zmielenia, po wybór metody parzenia. Najchętniej sięgam po kawę świeżo paloną z polskich palarni, jednak z racji odległosci które mnie od nich dzielą, nie raz cierpię na jej brak i wtedy zadowalać się muszę kawami komercyjnymi. Tym razem jednak jadąc do Krosna miałam okazję wstąpić do małej domowej palarni kawy Gregorio w Strzyżowie i dokonać tam trochę większych zakupów kilku różnych kaw ale w mniejszych ilościach. Mój wybór padła na kawy tzw. jednorodne albo single pochodzące z jednego miejsca. Oczywiście są to arabiki:

Java jampit
Cuba serrano superior
Kolumbia supremo
Etiopia sidamo
Honduras los lesquines

Od miłych Panów właścicieli otrzymałam również próbkę Brazylia blue diamond.


Wszystkie kawy wypalane są w tej palarni w małym piecu bębnowym. Metoda ta jest nazywana również tradycyjną lub mistrzowską. W piecu bębnowym wypala się niewielkie ilości kawy, bo od 50g do 60 kg, przy niskiej tempereturze od 200 do 240 stopni Celsjusza, a cała procedura waha się od 10 do 30 minut. Metodę tę uważa się za najlepszą i używana jest do ziaren wysokogatunkowych, jednakże wymaga ona dużych umiejętności i doświadczenia Mistrza. Ziarna zielonej kawy umieszczane są w cylindrycznym będnie, który obraca się wokół własnej osi, gdzie w centrum znajduje się źródło ciepła. Mistrz podczas procesu sprawdza na bieżąco stopień wypalenia ziaren.

Stopień wypalenia dobierany jest w zależności od rodzaju kawy ale również metody jej zapażania. 
Moje małe domowe laboratorium nie posiada jeszcze zbyt wielu urządzeń do tego procesu, dzisiaj jednak mogę cieszyć się kawą świeżo wypaloną, świeżo zmieloną i zapażoną we włoskiej kawiarce.

wtorek, 4 października 2016

lip balm for winter

Nie miałam w zwyczaju do tej pory wykonywania balsamu specjalnie do ust, gdyż zazwyczaj sięgałam po specyfiki, które wykonywałam do reszty ciała i nadawały się idealnie.
Tym razem postanowiłam jednak wykonać taki balsam na prezent i musi on spełniać pewne warunki: nie roztapiać się pod wpływem temperatury, aby mógł być umieszczony w małym pojemniczku i z niego nie wypływać. W tym celu jako utwardzacza użyję wosku pszczelego, a jako podstawy masła kakaowego, które również jest twarde. Dodatkowo wosk pszczeli chroni usta przed zewnętrznymi działaniami atmosferycznymi jakimi jest mróz i wiatr.

potrzebne składniki


2 łyżeczki wosku pszczelego
2 łyżeczki masła kakaowego
1 łyżeczka oleju avocado
1 łyżeczka oleju ze słodkich migdałów
kropelka naturalnego oleju miętowego

Wszystkie składniki rozpuszczamy w kąpieli wodnej za wyjątkiem olejku, który dodajemy dopiero na sam koniec, po połączeniu się pozostałych składników. Zdecydowanie najdłużej roztapia się wosk pszczeli. Płynną mieszaninę przelewamy do małych pojemniczków i odstawiamy aż zastygną i stwardnieją.

flavors & spices

Około miesiąc temu miałam okazję wybrać się do pakistańskiej dzielnicy w Luton. Niby nic specjalnego w tym się nie wydaje, jednakże gdy tylko weszłam do pierwszego sklepu, w którym można było zakupić absolutnie wszystko (od gum do żucia po buty), nikt nie mógł mnie z niego wyciągnąć. A to głównie za sprawą kilku alejek z przyprawami. Moje dłonie sięgały po wszystko to co nieznane i bezwiednie wkładały to do koszyka na zakupy. Wśród tych niesamowitości trafił się czarny kardamon, kurkuma w korzeniu, nasiona granatu, ale te bardziej egzotyczne widziane po raz pierwszy na oczy to:


Panch Puran, czyli Pięć Przypraw, mieszanka w skład której wchodzą kozieradka, kumin, koper, czarnuszka oraz nasiona czarnej gorczycy. Używana jest ona w kuchni Bangladeszu, wschodnich Indii i Sri Lanki. Przyprawy podsmaża się na oleju bądź maśle Ghee, aby uwolnić wszelkie olejki i aromaty, a następnie dodaje się główne składniki (warzywa, soczewicę).

Pure Qasuri Methi, czyli Fenugreek Leaves, co nie jest niczym innym jak suszonymi liśćmi kozieradki. Nazywane są one też greckim sianem i bożą trawką. Używa się ich przede wszystkim w kuchni tajskiej oraz hinduskiej, wchodzi w skład mieszanki curry i wyżej wymienionej Panch Puran. Liści dodaje się do mięs i dań warzywnych, ale można z nich zaparzyć herbatę (jedna łyżeczka na dwie filiżanki, należy parzyć liście przez pięć minut). W Indiach kozieradka uważana jest za afrodyzjak. Przyprawa ta jest źródłem selenu, żelaza, krzemu i tiaminy.

Kadu Whole Chiretta, czyli coś co było naprawdę ciężko odszyfrować. Odpowiednik w nazewnictwie tej przyprawy to Andrographis Paniculata i wydaje się że brakuje polskiego odpowiednika tej nazwy. Przyprawa ta pochodzi z Indii i Sri Lanki. Znajduje swoje zastosowanie w ziołolecznictwie, gdyż działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie oraz poprawia odporność organizmu. Stosowane jest przy zapaleniach górnych dróg oddechowych, zatok, bólach gardła i katarze. Z tego zioła należy krótko przyrządzić wywar, lub też zaparzać przez 10 minut.

czwartek, 22 września 2016

body balm

Jestem wielką wielbicielką przygotowywania domowych balsamów do ciała. Głównie dlatego, że ze względu na pracę w samolocie moja skóra jest ciągle przesuszona, a zwykłe kupne kosmetyki nie radzą sobie z tak szybką regeneracją naskórka jakiej bym oczekiwała. Często też taki balsam stosuję jako krem do rąk, i przyznam szczerze, że w takich ekstremalnych warunkach świetnie się sprawdza. W przypadku skóry nie narażonej na nadmierne przesuszanie zapewne byłby za tłusty, i można by go było raczej stosować jako serum odżywcze na noc.
Do wykonania kolejego balsamu do ciała użyję tym razem większej liczby składników. Po raz pierwszy użyłam lanoliny zamiast wosku pszczelego. Składnik ten jest szczególnie polecany przy skórze suchej, gdyż doskonale przenika wgłąb skóry, dzięki czemu zmiękcza naskórek, działa wygładzająco i natłuszczająco. Nigdy wcześniej nie stosowałam też oleju palmowego z nasion, a postanowiłam go użyć w tym wypadku, gdyż ma zbliżone właściwości do oleju kokosowego (którego tym razem mi w domu zabrakło).

Potrzebne składniki


20 gr bezwodnej lanoliny
20 gr masła kakaowego
20 gr oleju ze słodkich migdałów
20 gr oleju jojoba
40 gr oleju palmowego z nasion

Wykonanie jest również dosyć proste. Masło kakaowe, lanolinę i olej palmowy należy rozpuścić w kąpieli wodnej do całkowitego wymieszania, a następnie dodać olej ze słodkich migdałów i olej jojoba. Mieszaninę przelewamy do pojemniczka na kosmetyk i czekamy aż ostygnie.

środa, 24 sierpnia 2016

Cupuacu butter and an ayurvedic body balm


Masło Cupuacu otrzymywane jest z nasion drzewa Theobroma Grandiflorum, będącego przedstawicielem kakaowców, a rosnącego w lasach Amazonii. Masło, którego używam jest nierafinowoane i tłoczone na zimno, Cupuacu ma właściwości odżywcze, łagodzące i zmiękczające, dzięki czemu idealnie nadaje się do skóry przesuszonej i zmęczonej. Masło Cupuacu zawieta takie substancje aktywne jak kwasy tłuszczowe nasycone: oleinowy, stearynowy, linolowy, palmitynowy, archidynowy, fitosterole, dzięki którym zmniejsza się poziom utraty wody przez skórę i wzmacniana jest lipidowa bariera naskórka, witaminy, C, A, B i E. Masło Cupuacu jest także naturalnym filtrem chroniącym skórę przed szkodliwym promieniowaniem UVB.
Samego masła nigdy wcześniej nie stosowałam. Przy opisie kosmetycznym wspomniane jest, że należy je stopić z innymi olejami, wobec czego do wykonania balsamu do ciała postanowiłam dodać jeszcze nierafinowany olej kokosowy, a dla wzmocnienia chłodzącego efektu - kilka kropli olejku miętowego.

Potrzebne składniki


40 gr naturalnego masła Cupuacu
40 gr oleju kokosowego
kilka kropel naturalnego olejku miętowego

Masło i olej należy rozpuścić w kąpieli wodnej i miksować przez kilka minut do uzyskania gładkiej i jednorodnej konsystencji. Na koniec dodajemy kilka kropelek wybranego olejku naturalnego dla zapachu. Całość odstawiamy do ostygnięcia. Przechowujemy w lodówce.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rose iced latte


Dopóki mam jeszcze taką możliwość, kiedy tylko spotkam w którymś angielskim sklepie produkty mi nieznane, albo takie o których słyszałam, ale nigdy ich nie używałam, od razu moja ręka bezwiednie po nie sięga i lądują w koszyku na zakupy. Tak też było i tym razem, gdy zobaczyłam kaffir, płatki róż i przyprawę ras el hanout. 


I tym razem korzystając z tego, że ciągle mamy jeszcze lato (a przynajmniej na to wskazuje kalendarz) postanowiłam przyrządzić latte na zimno. Przyznam, że nie jestem wielką miłośniczką picia kawy z mlekiem, jednakże jeżeli mleko łączone jest z różnymi przyprawami chętnie tych nowych smaków kosztuję.
W pierwszej kolejności przygotowałam mleko z płatkami róż. Użyłam do tego mleka sojowego, gdyż wydaje mi się, że kokosowe byłoby zbyt aromatyczne. Być może dobrym wyborem byłoby także mleko migdałowe, ponieważ do całego napoju dodałoby odrobinę słodyczy. Ale i tym razem kieruję się swoim smakiem i preferencją picia kawy niesłodzonej. Do około szklanki mleka dodałam około dwóch łyżeczek płatków róż. Teoretycznie można mleko zagotować, ale ja po prostu wymieszałam i wstawiłam do lodówki na kilka godzin.


Dla wzmocnienia zapachu do mleka można dodać odrobinę wody różanej.
Kiedy mleko będzie gotowe można przygotować w swój ulubiony sposób kawę. Ja sięgnę po ekspres włoski, aby uzyskać mocną kawę, której smak zostanie złagodzony przez dodanie do niej mleka.

Cleansing oil

Olej ze słodkich migdałów jest jednym z moich ulubionych olejów do pielęgnacji ciała. Używam go bezpośrednio na skórę twarzy jako serum na noc, lub też pod makijaż. Idealnie nawilża cerę pozostawiając ją gładką i bez podrażnień.
Tym razem po raz pierwszy postanowiłam wykonać płyn do mycia twarzy na jego bazie, a recepturę zasięgnęłam ze strony na której zaopatruję się w składniki.

Potrzebne składniki


80 gr oleju ze słodkich migdałów
9,5 gr oleju z krokosza barwierskiego
10 gr glyceryl cocoate
0,5 gr witaminy E


Do pojemnika wlewamy oleje i glyceryl cocoate, a następnie dodajemy witaminę E. Całość dokładnie mieszamy, a tak przyrządony płyn jest gotowy do użycia. Olejek ma bardzo przyjemny słodkawy zapach, a po wymieszaniu staje się mętny.

piątek, 12 sierpnia 2016

veggiestan & sabzi pulao

Sabzi Pulao to potrawa pochodząca z Iranu, i chyba to pierwsze moje spotkanie z tą kuchnią... nie jestem nawet pewna, czy kiedykolwiek byłam w irańskiej restauracji, czy kiedykolwiek miałam okazję próbować dania z teggo kraju. Sabzi w Farsi, czyli języku nowoperskim, ma oznaczać nic innego tylko zioła, które dodawane są do jakiejś potrawy - w tym przypadku ryżu, czyli pulao. I to właśnie zioła i przyprawy definują te danie, nadają jemu niezwykłego i niespotykanego nigdzie indziej aromatu.

Potrzebne składniki


na ryż

400 gr ryżu basmanti
4 ząbki czosnku
pęczek pietruszki
pęczek świeżej kolendry
pęczek koperku
2 pęczki szczypiorku
1-2 łyżeczki kurkumy
oliwa lub ghee
sól

na warzywa

1 cebula
2 cukinie
1,5 łyżeczki kaparów
4 pomidory
pęczek rukwi wodnej
400 gr białej fasoli
1/4 łyżeczki szafranu
sok z jednej cytryny
sól


Aby przygotować ryż należy posiekać wszystkie zioła, Na patelni podgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią posiekany czosnek i podsmażamy nie dopuszczając do zbrązowienia. Następnie dodajemy zioła i podsmażamy przez około 7 minut cały czas mieszając.
Ryż należy dokładnie wypłukać w wodzie, a następnie ugotować przez około 15 minut. Gotowy ryż mieszamy z ziołami, a następnie podsmażamy na małej patelni, aż utworzy się chrupioca skorupka.
Aby przygotować warzywa, na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy na niej cebulkę, pokrojone w kostkę cukinie i kapary. Następnie dodajemy pokrojone na małe kawaki pomidory, a po około 5 minutach dodajemy rukiew wodną i białą fasolkę. Do małej ilości gotującej się wody rzucamy szafran i wyciskamy świeży sok z cytryny, i tą miksturą polewamy nasze warzywa. Przykrywamy je i pozostawiamy tak na jeszcze kilka minut, po czym doprawiamy do smaku.
W głębokim talerzu umieszczamy gotowy ryż, przekrajamy go przez środek, i w tak postawłym dołku umieszczamy warzywa.

Danie najlepiej smakuje z gęstym naturalnym jogurtem i perskimi piklami.


Do tego przepisu również po raz pierwszy zastosowałam rukiew wodną, która ma lekko pieprzowy smak. To roślina, która wydawała mi się niemal niedostępna na polskim rynku, ale jednak jej zakup nie stanowił większego problemu - kupiłam ją w pierwszym sklepie do którego weszłam. Rukiew wodna ma posiadać właściwości lecznicze oraz być źródłem witamin i składników mineralnych, jak wapń, źelazo, magnez, fosfor, potas, witamina C, tiamina, niacyna, witamina B6, kwas foliowy oraz witaminy A, E i K. Ponadto rukiew wodna opóźnia także proces starzenia się skóry.

poniedziałek, 25 lipca 2016

hemp oil & oil serum

Kiedy mam okazję pobyć tylko sama ze sobą, najchętniej zasiadam wtedy do czytania moich ulubionych blogów i stron na temat kosmetyków naturalnych i zaczynam eksperymentować z recepturami. Od niedawna używam oleju konopnego, głównie jako nawilżającego serum na noc, jednakże dzisiaj postanowiłam połączyć go z innymi składnikami i wykonać serum olejowe pod maskę.
Olej konopny pozyskiwany jest z nasion konopii lub samej rośliny, Zawiera wiele cennych składników, wśród których doskonała proporcja Omega 6 do Omega 3, jest jedynym jadalnym produktem, który posiada kwas gamma-linolenowy, a także przeciwutleniacze, aminokwasy i minerały i witaminy A, D, E, K.
W kosmetyce może być stosowany bezpośrednio na skórę, jak i jest wchodzi w skład innych kosmetyków. Doskonale nawilża skórę, działa przeciwstarzeniowo, wsmacnia jej odporność. Polecany jest również do cery trądzikowej, suchej ale i dojrzałej.


serum olejowe pod glinkę

kwas hialuronowy 1% 2
ekstrakt z noni 0,5
olej ze słodkich migdałów 1,5
olej konopny 1

Wszystkie składniki w powyższych proporcjach należy ze sobą dokładnie wymieszać a następnie zaaplikować na oczyszczoną skórę twarzy, szyi i dekoltu. Serum nie zawiera konserwantów, dlatego należy je aplikować od razu po sporządzeniu, Po wchonięciu nakładamy wybraną maseczkę do twarzy, 
 

wtorek, 19 lipca 2016

tapioca pudding

O tapioce chyba po raz pierwszy usłyszałam od mojego młodszego brata, kiedy powiedział mi jakieś 2-3 lata temu, że robi swoją własną bubble tea. Później ktoś w pracy chyba wspomniał o tym, że robi z tapioki ser. I zapewne na tym by się skończyło, gdyby nie moje ostatnie intuicyjne zakupy o których wcześniej pisałam.


Tapioka to skrobia otrzymywana ze zmielenia bulw manioku jadalnego. Tapioka nie zawiera cholesterolu, glutenu, nie ma też smaku i zapachu, jest natomiast źródłem lekkostrawnych węglowodanów.
Zachęcona zakupem, postanowiłam wykonać mój pierwszy pudding z tapioki. Najpierw przygotowałam swoje mleko kokosowe i odstawiłam je na noc w lodówce, Następnego dnia kulki tapioki zalałam mlekiem, odstawiłam na około 1,5 godziny, po czym zagotowałam. Niestety nie wiem czy proporcje mleka do kulek były nieodpowiednie, ale nie dało się gotować dłużej niż 5 minut na małym ogniu. Następnie całość przelałam do słoika, dodałam ekstraktu z wanilii, odstawiłam na bok do ostudzenia i na noc ponownie umieściłam w lodówce.


Aby przygotować pudding z tapioki na śniadanie, do małych szklaneczek nałożyłam do połowy tapioki przygotowanej z mlekiem kokosowym, a następnie konfitury z truskawek mojej mamy i pół pokrojonego na mniejsze części banana.
Pudding był bardzo słodki, jednakże co do samej tapioki, jej smaku i konsystencji mam dosyć duże wątpliwości... co prawda na jednym wykonaniu zapewne się nie skończy, gdyż ten wątpliwy smak może mieć jednak źródło w niezbyt umiejętnym wykonaniu... zobaczymy.

środa, 13 lipca 2016

kewra water

Podczas ostatniej mojej przechadzki po jednym z londyńskich sklepów natrafiłam na nieśmiało wyglądającą buteleczkę z napisem "Kewra water" i niewiele myśląc, a może sugerując się opakowaniem przypominającym oleje kokosowe, wzięłam ją do koszyka i kupiłam.
I dopiero w domu oczywiście sprawdziłam, co to jest, bo tajemniczo brzmiąca nazwa "kewra" niewiele mi mówiła.
A intuicja nie zwiodła mnie.


Pandanowiec, pandan wonny albo pochutnik wonny to niskie drzewo, które rośnie w Azji południowo-wschodniej, a woda z kewry to produkt uboczny procesu otrzymywania olejku zapachowego. Na początku zmylona zdjęciem na buteleczce myślałam, że to woda aloesowa. Wodę z kewry stosuję się w kuchni indyjskiej do aromatyzowania tradycyjnych indyjskich deserów. Na kuchni indyjskiej nie znam się jednak ani trochę, wobec czego zamierzam używać tego produktu jak na razie wyłącznie w celach kosmetycznych.
Woda z kewry ma właściwości oczyszczające, antybakteryjne i przeciwzapalne. Może być używana jako tonik do twarzy, gdyż przygotowuje skórę do wchłaniania składników odżywczych. Jej zastosowanie można znaleźć również przy produkcji maseczek z glinek, gdyż świetnie sprawdza się w roli hydrolatu, a także aplikować na włosy.
Woda z kewry ma bardzo charakterystyczny mdły, lekko orientalny zapach, jednak dużo bardziej mi on odpowiada niż zapach wody różanej.

wtorek, 14 czerwca 2016

my first soap


Podobno nie jest ważne z jakiego powodu robi się swoje pierwsze mydło. Mi jednak pomysł ten chodził po głowie od dosyć dawna. Nie wiem czy pojawił się już wtedy, kiedy po raz pierwszy swoje kosmetyki postanowiłam zmienić na naturalne, czy może gdy po raz pierwszy zobaczyłam na targach żywności ekologicznej w Koneserze na warszawskiej Pradze syberyjskie mydło, czy może gdy sama zaczęłam robić pierwsze kosmetyki. Zabierałam się jednak do tego długo... najpierw brakowało czasu, potem kompletnych składników. Ale wreszcie przyszedł ten dzień.
Recepturę według której wykonałam mydło zaczerpnęłam z jednej z moich ulubionych stron z produktami do domowego przyrządzania kosmetyków.

potrzebne składniki


500 g transparentnej bazy mydlanej
80 g naturalnego masła Kombo
100 g czarnego masła afrykańskiego
3 ml wybranego olejku eterycznego (ja użyłam jaśminowego)

Bazę mydlaną rozpuszczamy (początkowo chciałam to wykonać w kąpieli wodnej, ale okazało się, że moje naczynia jak na te proporcje są zbyt małe). Następnie dodajemy do niej naturalne masło Kombo i czarne masło afrykańskie do całkowitego rozpuszczenia. Całość miksujemy, dodajemy wybrany olejek eteryczny i przelewamy do form i zostawiamy aż stwardnieje. Po zmiksowaniu masa niestety mocno się spieniła, co przeszkadzało w przelewaniu.


Przyznam szczerze, że naturalne masło Kombo nie pachnie zbyt interesująco... opisany jest on jako ziołowo-korzenny ale mi takiego nie przypomina. Chyba nie pachnie jak nic mi znanego... Masło to otrzymywane jest z nasion orzechów drzewa Kombo, które występuje w zachodniej Afryce. Masło zawiera kwas kombowy, który jest silnym antyoksydantem, wobec czego swoje zastosowanie znajduje przede wszystkim w produktach przeciwzmarszczkowych. Zawiera również kwasy tłuszczowe mirystynowy i mirystooleinowy mające działanie przeciwzapalne oraz regenerujące. Co ciekawe, ma także właściwości rozgrzewające, wobec czego może być stosowane do masażu.