środa, 27 stycznia 2016

what to eat before running

Największym wysiłkiem i największą energią jaką wkładam ostatnio w swoje życie, nie jest samo bieganie, a wymyślanie i komponowanie posiłków przed bieganiem. 
Przyznam szczerze, że nie przepadam za porannym wstawaniem. Jeżeli jestem do niego zmuszona, to również przyznam szczerze, że nie przepadam za jedzeniem śniadania. Może poza tymi wyjątkami, gdy poranne wstawanie nie jest wymuszone, gdy zaczyna się od zapachu świeżo zmielonej kawy i kiedy powoli i leniwie przechodzi w brunch, a potem w lunch...
Jednakże czasami muszę rano wstać i co gorsze rano biegać. Mój organizm wtedy szaleje, nie wie jak ma się zachować. Takimi rankami często wypijałam bulletproof coffee i nie powiem - przynosiło to pewnego rodzaju efekty. Na dłuższe biegi jednak to chyba za mało. A zazwyczaj wszystkie biegi zaczynają się o poranku, czas więc chyba nadszedł na spróbowanie czegoś nowego, aby w dniu wyścigu być przygotowanym i aby nie trzeba była eksperymentować z nieznanymi recepturami.

Zacznę od owocowego koktajlu, w skład którego wchodzą banany, jabłko, gruszka, sok z pomarańczy, rozgrzewający imbir, a na pobudzenie dwie łyżeczki matchy. Recepturę powtórzyłam także z jarmużem oraz sokiem z cytryny. 


Efekt jest zadowalający, napój nawadnia, rozgrzewa, jest pożywny i dodaje energii. Polecam go jednak przed krótkimi biegami, do okołu 5-7 kilometrów spokojnym tempem.


piątek, 22 stycznia 2016

What inspires you

Uwielbiam otaczać się ludźmi, którzy swoim sposobem życia, zachowaniem, aurą którą tworzą wokół siebie, inspirują mnie i popychają do działania. A jeżeli te osoby są moimi przyjaciółmi, to czynią mnie szczęśliwą osobą i dumną z tego, że wybrali mnie na bliską sobie postać.
W zeszły piątek, bo męczącym dniu pracy, niewielkim odpoczynku i bieganiu wybrałam się do Wrocławia, który w 2016 roku dzierży pałeczkę Europejskiej Stolicy Kultury. Nie byłabym w tym momencie sobą, gdybym nie dodała, że sama idea została zapoczątkowana przez Greczynkę Melinę Mercouri, w związku z czym mogliśmy oglądać wystawę fotografii właśnie jej poświęconą, a znajdującą się przed Narodowym Forum Muzyki.


Same greckie wydarzenia były jednak tylko pretekstem do tego, aby odwiedzić rzadko widywanych przeze mnie znajomych, z którymi łączą mnie wspomnienia lat gimnazjalno-licealnych, studenckich i tych z pobytu na Krecie.
Po raz pierwszy miałam okazję odwiedzić moją przyjaciółkę Asię i zatrzymać się w jej magicznym mieszkaniu, dzięki któremu mogłam przenieść się na chwilę do świata iście bajkowego. Pełne przeuroczych drobiazgów, poukrywanych lub w bardzo oczywistych miejscach. Miałam wrażanie, że znajdują się w swoistym cabinet de curiosités, a każda pojedyncza rzecz pobudza moją wyobraźnie i każe zastanawiać się nad jego historią.








 

  


Po powrocie do domu mam wrażenie, że moja głowa pełna jest nowych pomysłów, że czas powrócić do nieużywanej maszyny do szycia, zasadzić kwiaty z nasion, posłuchać nowej muzyki. Po grzańcu i pysznym jedzeniu w Mleczarni, jak i rozmowach o miłości chciałabym celebrować każdy moment mojego życia. Po szalonej imprezie w Szajbie chciałabym móc zawsze bawić się i tańczyć, jakby nic innego dookoła nie istniało. Po obejrzeniu spektaklu ognia Płonąca Wyspa - Dwa światy na Wyspie Słodowej moim marzeniem jest częstsze obcowanie ze sztuką uliczną. Po długich rozmowach o filmach, sztuce aktorskiej i kinematografii w Kociej Kołysce chciałabym obejrzeć jeszcze więcej filmów, które tak wstrząsają moim światopoglądem.

and that's what inspires me

środa, 13 stycznia 2016

veggiestan & Naan-e-Sangak

Jeszcze przed świętami poszukując prezentów natrafiłam na książkę kucharską Sally Butcher "Veggiestan. A vegetable lover's tour of the middle east". Nosiłam ją na rękach zastanawiając się czy powinnam dokonać ją zakupić, gdy w końcu zdecydowałam że nie bez przyczyny wpadła w moje ręce, Święta minęły, nadszedł nowy rok, a ja do książki nawet nie zajrzałam. Aż w pewien wolny dzień postanowiłam, że nie może być tak jak zwykle. Że tym razem książka nie będzie leżała odłogiem, i że wykonam z niej każdy przepis po kolei.


Zaczęłam więc od pierwszego przepisu, którym był chlebek naan. W książce zalecane jest pieczenie na specjalnych kamieniach. Niestety takowych nie posiadam, nie widziałam aby można było je gdziekolwiek zakupić (chociaż teraz moje oczy będą się temu uważniej przyglądać), ba nie mam nawet zwykłego kamienia do pizzy. I już byłam gotowa ponownie odłożyć swoje postanowienie, gdy jednak stwierdziłam, że upiekę go na mocno rozgrzanym blacie. 

składniki

1 łyżeczka suchych drożdży
0,5 szklanki letniej wody
2,5 szklanki mąki razowej
2/3 mąki pszennej
1 łyżeczka soli
zimna woda

Drożdże należy rozpuścić w letniej wodzie i odstawić na około 15 minut. Po upływie tego czasu należy dodać do nich wymieszaną z solą mąkę i wygniatać ciasto, dodając zimnej wody w razie potrzeby. Tak przygotowane ciasto przykrywamy czystą ściereczką i odstawiamy na 3 godziny. Następnie zagniatamy jeszcze raz i odstawiamy na jeszcze jedną godzinę. 
Ciasto formujemy w placuszki i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 240 stopni.

Chlebek najlepiej smakuje kiedy jest ciepły. Pierwszy upieczony niesamowicie urósł, także każdy następny nakłuwałam widelcem. Ja swój zjadłam na śniadanie z oliwą, pomidorkami i ogórkami. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zmodyfikowałam trochę przepisu i za drugim razem upiekłam go wraz z rozmarynem, pomidorkami i fetą, oraz skropiłam oliwą z oliwek. Efekt był porywający.