piątek, 20 maja 2016

Skopje

Niecałe dwa tygodnie temu miałam szczęście znaleźć się na niewiele dłużej niż 24h w Skopje, stolicy Macedonii, przy okazji organizowanego tam półmaratonu.
Miałam szczęście, gdyż nigdy wcześniej nie udało mi się tego kraju zwiedzić, a znałam go jedynie z greckich opowieści, które nijak ale nasączone były zawsze pewną nutą niezgody, a nie o kogo innego, tylko Aleksandra Wielkiego. Wystarczy zacząć od samej nazwy tego państwa, które przez Greka nigdy nie zostanie wypowiedziane jako Macedonia, ale zawsze FYROM, czyli Była Jugosławiańska Republika Macedonii.
I w Skopje "walka" ta przybiera charakter monumentalny. Wszystko, co może być nazwane imieniem tej postaci, jest nią nazywane - począwszy od lotniska, przez ulice, place a na kawiarniach skończywszy. Na każdym rogu stoją dostojne pomniki w najróżniejszej formie. Nie mi jednak jest mieszać się do tego konfliktu, ani wchodzić w dyskusje z jedną bądź inną stroną, a raczej wolę stanąć z boku i koncentrować się na czystej obserwacji.
W tych dniach Skopje pogrążone było także w strajkach i demonstracjach ludności przeciw działaniom obecnego prezydenta Macedonii. Tym razem jako jedna z nielicznych byłam pełna poparcia dla walczących mieszkańców Macedonii, którzy próbują w jedyny możliwy sposób okazać swój sprzeciw i niechęć. Stolica przy tym wyglądała jak pobojowisko, ale jeszcze nie tak mocno, jak miało to miejsce w Atenach.


Chociaż pobyt mój w Skopje był krótki, mam wrażenie, że udało mi się delikatnie przeżyć bałkański klimat, który objawił się przede wszystkim w nieskomercjalizowanych miejscach. I tak zacznę od pięknego Kanionu Matka, gdzie małą łódką udaliśmy się do przepięknej jaskini.


Ileż radości sprawiło mi przechadzanie się nocą po zaułkach starówki, nazywanej dzielnicą albańską, gdzie w niezliczonych kawiarniach, małych barach czy tawernch zasiadali młodzi ludzie. I ile wspomnień, o zgrozo, przywołały one na temat Grecji...
Największy niedosyt pozostawia jednak kuchnia macedońska, do której smaków chciałabym jak najszybciej powrócić i spróbować więcej i więcej... wybrać się na targ i zobaczyć, czym żyje ten kraj...
A jak bardzo ucieszyłam się, gdy po przebiegnięciu półmaratonu, wciąż udało mi się ukraść jedną godzinę, aby zobaczyć ludowe tkactwo, wzornictwo, garncarstwo (bo jakże by inaczej?) i zakupić na prezent tygielek do pażenia kawy... no właśnie...? Po jakiemu...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz