piątek, 11 sierpnia 2017

triathlon energy bar

Starając się od chyba ostatniego półrocza nadgonić za wszystkimi treningami triathlonowymi zaniedbałam się w przyrządzaniu domowych specjałów, a na pewno zaniedbałam pisanie o nich. Czas nadszedł aby to zmienić, i ponownie powracam z przepisem na batoniki energetyczne, idealne podczas i po treningu. Rynek zapełnił się nagle gotowymi produktami i już już chwytałam za taki batonik w jednym ze sklepów, gdy w ostatniej chwili powstrzymałam się i powróciłam do półki ze zdrową żywnością i bakaliami, aby wybrać składniki na batoniki domowej produkcji.


Tym razem sięgnęłam do zapasów z zakupów w pakistańskiej dzielnicy Luton i oprócz typowych rodzynek dodałam także anardana, czyli suszone pestki granatu. Mają kwaśny smak, co myślę że w ciekawy sposób złamie słodkość batonik. Wśród właściwości anardany wymienia się przede wszystkim wspomaganie trawienia.


Kolejną nowością której użyłam są suszone owoce berberysu, które z kolei udało mi się zakupić na targu w Wiedniu. Wspomagają one odporność organizmu, działają przeciwbólowo i przeciwgorączkowo. Berberys jest także polecany dla osób żyjących w stresie - uspokaja i wycisza, a także poprawia koncentrację.


potrzebne składniki


150 gr daktyli suszonych bez pestek
szklanka płatków owsianych
szklanka płatków orkiszowych
szklanka płatków owsianych
garść pestek słonecznika
garść rodzynek
garść owoców berberysu
garść suszonych pestek granatu
pół gorzkiej tabliczki czekolady, posiekanej
kakao
odżywka białkowa

Posiekane na drobno daktyle zalewamy w małym garnuszku zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia a następnie gotujemy jeszcze przez 5-10 minut aż zupełnie zmiękną. Odstawiamy na bok do ostygnięcia.
Pozostałe składniki mieszamy ze sobą, dodajemy miksturę z daktylami, a następnie przekładamy do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i mocno dociskamy do dna.
Całość pieczemy w piekarniku rozgrzanym do około 180 stopni przez około 30 minut.

czwartek, 27 kwietnia 2017

abyssinian oil


Olej abisyński powstaje z nasion modraku abisyńskiego. To jednoroczna roślina występująca w rejonie Morza Śródziemnego, a dokładnie na Wyżynie Abisyńskiej.
Olej abisyński bogaty jest w kwas erukowy - nienasycony kwas omega-9. Dzięki jego obecności olej wykazuje niezwykłe działania nawilżające. Tworzy również na skórze niewidzialną warstwę ochronną, która powoduje utrzymanie wysokiego poziomu nawodnienia skóry i chroni ją przed czynnikami zewnętrznymi.
Oprócz kwasu erukowego olej zawiera także kwasy tłuszczowe: palmitynowy, palmitoleinowy – oleinowy, linolowy, stearynowy, linolenowy arachidowy, behenowy i lignocerynowy.
Charakteryzuje się jasnym słomkowym kolorem i prawie bezwonnym zapachem.
Wykazuje działanie antyoksydacyjne dzięki czemu doskonale chroni przed wodnymi rodnikami i powstrzymuje proces starzenia się skóry. Nadaje skórze elastyczność i przyspiesza regenerację naskórka.
Poza stosowaniem na skórę twarzy olej można również wykorzystać w preparatach pielęgnacyjnych przeznaczonych do włosów, dłoni, paznokci, stóp. Z olejem abisyńskim można również wykonać kąpiel, dzięki czemu nasze ciało pozostanie miękkie i nawilżone. Olejek można także  wykorzystać po opalaniu, gdyż dzięki swoim właściwościom nawilżającym przyniesie ukojenie po zbyt długiej ekspozycji na promienie UV.
W swojej pielęgnacji od dnia dzisiejszego zastąpię do tej pory używany przeze mnie olej ze słodkich migdałów olejem abisyńskim i będę stosowała czysty olej bezpośrednio na skórę twarzy. Na razie nie będę łączyła go z innymi składnikami ponieważ jestem ciekawa efektów jakie przyniesie sam olejek.
Jednym z pierwszych pozytywnych aspektów jest to, że olej nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Jestem bardzo ciekawa dalszych efektów.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Dal Tadka

Jeszcze ponad dwa lata temu moimi ulubionymi daniami były te proste, wykonane z małej liczby składników, o konkretnych i wyrazistych smakach, z maksymalnie trzema przyprawami i ziołami.
Dziś świetnie odnajduję się także w skomplikowanych przepisach, łączących w sobie kilka smaków. I taka jest właśnie dla mnie kuchnia indyjska, w której dopiero raczkuję.
Dal Tadka to indyjskie curry, czyli danie w formie sosu z warzywami. Dal oznacza nic innego jak warzywa strączkowe, natomiast słowo Tadka w nazwie dania wskazuje na to, że zostało ono doprawione na koniec przyprawami, które były podsmażone na gorącym tłuszczu.
Przepis otrzymałam od znajomego z pracy.


potrzebne składniki

1 szklanka czerwonej soczewicy
1 cebula
2 pomidory
2 ząbki czosnku
2-centymetrowy korzeń imbiru
1/4 łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka soli
3 szklanki wody
3 łyżki oliwy
sok z cytryny

składniki na Tadkę

1/2 łyżeczki ziaren kminu rzymskiego (ja użyłam mielonego)
1 łyżeczka ziaren gorczycy
1 zielona papryczka chili (ja użyłam czerwonej pepperoni)
kilka listków curry (ja użyłam liście kaffiru)

Posiekaną cebulę musimy zeszklić na gorącej oliwie rozgrzanej w garnku, dodajemy kurkumę, sól, czosnek oraz imbir, podsmażamy i mieszamy. Następnie dodajemy pokrojone na małe kawałki pomidory i dalej chwilę smażymy.
Do garnka wsypujemy wypłukaną wcześniej soczewicę i zalewamy ją wodą. Dusimy pod przykryciem przez około 20 minut.
Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy przyprawy na Tadkę: kmin rzymski, gorczycę, posiekaną papryczkę oraz kilka listków curry. Smażymy przez chwilę a następnie tak gotowe przyprawy dodajemy do garnka z soczewicą. Całość jeszcze przez chwilę dusimy pod przykryciem. Solimy do smaku i dodajemy odrobinę soku z cytryny.

sobota, 22 kwietnia 2017

cocoa & coco body butter

Kilka znajomych osób opowiadało mi o tym, że jeśli masło do ciała zmiksuję mikserem, to uzyskam przyjemną puszystą masę. Do tej pory, przyznam szczerze, trochę bałam się tego eksperymentu, i ograniczałam się do roztapiania wszystkich składników w kąpieli wodnej, a następnie pozostawiałam do zgęstnienia. Taka konsystencja mi samej bardzo odpowiadała, ale kiedy postanowiłam wykonać masło do ciała na prezent, stwierdziłam, że można w tej materii trochę zaryzykować.

potrzebne składniki


masło kakaowe
masło shea
olej kokosowy
olej z krokosza

Wszystkie składniki w takiej samej ilości rozpuściłam w kąpieli wodnej, a następnie odstawiłam do ostygnięcia. Ponieważ masa nie chciała zgęstnieć, wstawiłam ją na trochę do zamrażarki, do momentu aż zaczęła przybierać białą barwę. Następnie całość miksowałam zwykłym mikserem kucharskim, do uzyskania puszystej konsystencji.
Zdecydowałam się jedynie na jeden produkt oleisty (myślę, że olej z krokosza można również zastąpić oliwą z oliwek) i nie dodawanie utwardzacza, gdyż za niego służyło mi masło kakaowe. Także ze względu na jego obecność i przyjemny zapach oleju kokosowego, postanowiłam nie dodawać żadnego olejku zapachowego.


Efekt jest powalający. Nie dość, że samego produktu jest zdecydowanie więcej, to przyjemnie rozprowadza się na skórze, Przepis ten na pewno będę powtarzać niejednokrotnie.

winter mood - Wielka Rycerzowa

Na swoją pierwszą prawdziwą górską wyprawę zostałam zabrana na Wielką Rycerzową. I miejsce to chyba już do końca mojego życia pozostanie owiane pewnym romantyzmem i czułością.
Ale zacznę od samego początku. W Beskid Żywiecki wyruszyliśmy samochodem z rana, i muszę przyznać, że trasa układała się bardzo malowniczo, aż do zjazdu z Żywca, gdzie samochód zaczął przemieszczać się po co raz mniejszych drogach, by w końcu po wyjechaniu z Ujsoł przenieść nas w nagle iście zimowy górski krajobraz. Jedyne na co miałam ochotę, to otworzyć okno i chłonąć zimne powietrze na moich policzkach.
Samochód postanowiliśmy zostawić na parkingu przy drewnianym kościółku we wsi Soblówka, by stamtąd wyruszyć czarnym szlakiem pod górę. Dystans wynosił około 6 km, przewyższenie około 500 metrów. Schronisko informowało, że jest to jedyny szlak, którym da się dotrzeć na górę, wiódł on jednak drogą utartą, wydaje się że zbudowaną (ciężko ocenić w zimowych warunkach).


Niezbyt zmęczeni, jednak trochę już głodni dotarliśmy do Bacówki PTTK na Rycerzowej, która miała stanowić dla nas schronienie na noc. Zostawiliśmy więc nasze bagaże, wypiliśmy piwko i wyruszyliśmy, aby zdobyć szczyt i pętelką przez Przełęcz Przysłop niebieskim i żółtym szlakiem wrócić do schroniska.


Wielka Rycerzowa to szczyt o wysokości 1226 m n.p.m, znajdujący się na głównej grani, na granicy Polski i Słowacji. Z tego punktu, można dostrzec niewiele (a może nam się po prostu nie udało?), z samej hali natomiast widzieliśmy Babią Górę, Pilsko, same Tatry (co podobno zdarza się tylko przy naprawdę dobrej widoczności), a z trochę wyższego położenia w kierunku szczytu - Małą Fatrę.




Robiąc kółko wokół schroniska dotarliśmy do Przełęczy Przysłop znajdującej się na wysokości 940 m n.p.m. i pomiędzy szczytami Wielkiej Rycerzowej i Świtkowej. Grzbietem Przełęczy Przysłop przebiega granica polsko-słowacka, i to właśnie tutaj znajdowało się kiedyś przejście graniczne. Grzbietem przełęczy przebiega także Wielki Europejski Dział Wodny pomiędzy zlewiskiem Morza Czarnego a Morza Bałtyckiego. 



Po powrocie zjedliśmy porządną kolację w Bacówce, i tutaj godna polecenia jest zdecydowanie specjalność Bacówki, czyli racuszki z sosem borówkowym. Z racji braku elektryczności w schronisku (prąd włączany jest jedynie na 2h w nocy, dzięki czemu można podładować telefony i wziąć prysznic w ciepłej wodzie), wszyscy goście zbierają się w jadalni przy kominku. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć przypadkowych spotkań (jakże byłam zdziwiona, kiedy mężczyzna spożywający kolację na przeciwko nas w samotności nagle zorganizował sobie gitarę i sam do siebie zaczął grać i śpiewać, a po dłuższej chwili dołączyli się do niego inni), i zawierania nowych znajomości (trzech mężczyzn nagle wstało, powiedziało, że idzie rozpalić ognisko i wszyscy są zaproszeni, z czego chętnie skorzystaliśmy).


Następnego dnia z rana musieliśmy niestety już wracać, i na drogę powrotną obraliśmy szlak żółty, zdecydowanie ciekawszy, chociaż niemało mieliśmy problemów aby wpierw go odnaleźć, brnąc po kolana w śniegu, a potem nie zgubić.
Pobyt na Rycerzowej zdecydowanie pobudził moje zainteresowanie. Już teraz zapisałam się na bieg Mała Rycerzowa, który ma miejsce w sierpniu, i jeśli tylko okoliczności będą sprzyjające to się na niego wybiorę. Wieczora spędzonego przy piwie w Bacówce snuliśmy także plany na przejście szlaku granią, latem, od schroniska do schroniska. I mam nadzieję, że plan ten zostanie kiedyś zrealizowany.

czwartek, 20 kwietnia 2017

ayurvedic face toner

Od pewnego czasu zaczęłam stosować hydrolat w codziennej pielęgnacji twarzy jako substytut toniku. Hydrolat jest nazywany także wodą kwiatową bądź też hydrozolem i jest produktem ubocznym powstającym podczas pozyskiwania olejku eterycznego.Hydrolat taki zawiera wszelkie substancje rozpuszczalne w wodzie z danej rośliny jak i niewielkie ilości olejku eterycznego.
Najbardziej znanym ze wszystkich jest chyba woda różana, popularna w krajach arabskich jak i na Cyprze, gdzie służy do przemywania rąk.
Do tej pory używałam czystego hydrolatu rumiankowego, który wskazany jest dla skóry wrażliwej i delikatnej. Ma właściwości nawilżające i przeciwzapalne. Hydrolat ten świetnie sprawdzał się w codziennej pielęgnacji rano i wieczorem.


Tym razem postanowiłam jednak wypróbować hydrolat miętowy, który odświeża, wzmacnia i ochładza (jest więc idealny dla doszy Pity).
Hydrolat zdecydowałam się wzmocnić kwasem hialuronowym, dzięki czemu mój naturalny tonik zwiększy swoje działanie nawilżające i pozostawi skórę gładką i odświeżoną na dłużej.


Hydrolat miętowy działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie, dzięki czemu jest idealny do cery skłonnej do wyprysków, przyspiesza gojenie i łagodzi reakcje alergiczne.

winter mood - Równica


Przed wyruszeniem w Tatry jeszcze raz postanowiłam wybrać się na samotną jednodniową wyprawę. 

Tym razem postanowiłam zdobyć Równicę - szczyt położony na wysokości 885 m n.p.m. w Beskidzie Niskim.
Trasę pokonałam wychodząc z Brennej zielonym szlakiem i myślę, że był to bardzo dobry wybór. Długość całej trasy i z powrotem to około 11,5 kilometra (z wejściem na szczyt), a przewyższenie około 617 metrów. Po drodze nie spotkałam praktycznie nikogo (fakt, że podróżując w tygodniu jest to dosyć częste), w przeciwieństwie po dotarciu na szczyt, gdzie przy schronisku znajdowało się kilka innych budynków, ośla górka, olbrzymi hotel, a z Ustronia prowadzi droga asfaltowa.

Trasa z Brennej była wprost przepiękna. Dopisała także słoneczna pogoda, z lekkim mrozem, który pozwalał swobodnie poruszać się po śniegu.



Na szczycie zjadłam oczywiście w Schronisku PTTK pierogi ruskie i wypiłam kawę, i ze względu na zatłoczenie wokół szczytu (także sprzętów ciężki wwożących rodziców z dziećmi na szczyt) postanowiłam dość szybko się ewakuować.


Chyba po raz pierwszy czułam o wiele więcej satysfakcji z samej drogi, śniegu, malowniczych krajobrazów ze szlaku, niż z dotarcia na sam szczyt.

piątek, 24 marca 2017

safflower & cleansing oil

Po raz drugi robię już olejek do demakijażu twarzy z krokoszem barwierskim. Pierwszy sprawdził się idealnie. Zawsze po umyciu przecierałam twarz jeszcze raz wacikiem namoczonym w olejku, i o dziwo zawsze pojawiały się na nim pozostałości po makijażu. Dodatkowo po przetarciu twarzy skóra pozostaje nawilżona i miękka, a olejek ma bardzo przyjemny zapach.
Tym razem zastąpiłam olej ze słodkich migdałów olejem z czarnuszki siewnej. Znajduje on zastosowanie głównie przy skórach alergicznych i trądzikowych. Dzięki zawartości olejku eterycznego używany jest także w aromaterapii, a olejkowi do mycia twarzy nadaje łagodny i przyjemny zapach. 

potrzebne składniki

80 gr Olej z czarnuszki siewnej
9,5 gr Olej krokoszowy 
10 gr Glyceryl cocoate 
0,5 gr Witamina E 


Do zlewki wlewamy oleje, następnie glyceryl cocoate, a na koniec dodajemy witaminę E. Całość mieszamy i przelewamy do buteleczki. Olejek należy przechowywać w temperaturze pokojowej, a jego ważność sięga do pół roku.

safflower

Krokosz barwierski to roślina o żółtych kwiatach, które w już w starożytności używane były jako substytut szafranu do barwienia potraw, na co zresztą wskazuje sama nazwa. Napar z kwiatów ma właściwości uspokajające i rozkurczowe. Z kwiatów krokosza można również wyprodukować wino.


Do tej pory zetknęłam się jednak tylko z olejem z nasion krokosza.

Głównym i chyba najważniejszym składnikiem oleju z krokosza jest kwas linolowy, który ma zarówno wiele właściwości zdrowotnych (zapobiega zawałowi serca, udarowi, miażdżycy) jak i kosmetycznych, pomiędzy którymi nawilżanie i regeneracja skóry, zmniejszenie jej przebarwień, a również wzmocnienie włosów. Następnie możemy w nim odnaleźć także kwasu olejowy, kwas palmitynowy, kwas stearynowy, kwas linolenowy, kwas arachidowy.
Olej z nasion krokosza jest również naturalnym źródłem witaminy E, która przeciwdziała starzeniu się skóry i łagodzi objawy nadmiernego wystawienia skóry na działanie promieni UV.
Olej z krokosza bywa więc często stosowany w kosmetykach przeznaczonych do cery tłustej, mieszanej, ze skłonnością do stanów zapalnych. Używany jest także jako czysty olejek do ciała, a także w kosmetykach przeznaczonych do pielęgnacji włosów.

środa, 22 marca 2017

veggiestan & peppers filled with moghrabieh

Już chyba tradycją się stało, że sięgając po przepisy z mojej ulubionej książki Veggiestan, nie mogę dostać jakichś składników. Tym razem było tak z moghrabieh, czyli grubym kuskusem z pszenicy. Zastąpiłam go tym razem drobną kaszą kuskus, ale kiedy tylko natrafię na moghrabieh, na pewno przepis powtórzę. Danie przypomina trochę nadziewane greckie papryki, poza dodatkowymi przyprawami, takimi jak piment i cynamon, jak również kolendrą. I oczywiście w Grecji papryki nie są zielone, a żółte.

potrzebne składniki


8 dużych zielonych papryk
100 gr moghrabieh
oliwa z oliwek
1 czerwona papryka
1 duża cebula
2 łodygi selera naciowego
3 ząbki czosnku
2 łyżeczki pimentu
 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego szafranu
500 ml bulionu warzywnego
świeża kolendra
świeża pietruszka
świeży koperek
sól
150 ml passaty lub soku z pomidorów

Gotowanie zaczynamy od przygotowania papryk. Odcinamy górę i wyjmujemy środek. Kuskus należy wypłukać.
Na patelni rozgrzewamy oliwę, i podsmażamy na nim pokrojoną czerwoną paprykę, cebulę i seler. Kiedy warzywa zmiękną dodajemy przyprawy i kuskus. Dodajemy szafran do bulionu warzywnego, który wlewamy do warzyw i kuskusu. Kiedy kuskus wchłonie bulion dodajemy kolendrę, pietruszkę i koperek, a następnie przyprawiamy do smaku.
Farsz przekładamy do papryk, dodając na wierzch passaty, a całość przykrywamy folią i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 190 stopni, na około 30 minut.
Pieczone papryki podajemy z ciepłym chlebkiem i jogurtem lub tzatziki.
Bliskowschodnia potrawa, podobnie do greckiej, świetnie smakuje w gorące dni podawana w chłodniejszej temperaturze, niż prosto z pieca.

niedziela, 19 marca 2017

winter mood - Szyndzielnia & Klimczok

Jednym z wielu dodatnich aspektów, które mogę odnaleźć w mieszkaniu na Śląsku, jest jego bliskie położenie do gór. Kolejnym przystankiem wśród moich wycieczek był ponownie Beskid Śląski, a konkretnie szczyty Szyndzielnia i Klimczok.
Wejście na górę pokonaliśmy od Schroniska PTTK Dębowiec zielonym szlakiem aż do Schroniska PTTK Szyndzielnia, skąd następnie udaliśmy się żółtym szlakiem na szczyt Klimczok, potem czarnym do Siodła pod Klimczokiem, a w końcu niebieskim do Schroniska PTTK Klimczok. Trasa była bardzo malownicza, jednakże chyba ze względu na wybór dnia wycieczki (sobota) zbyt zatłoczona. Nie wiem, czy również nie przez panujące warunki atmosferyczne (w radio powtarzano wciąż jedno słowo "smog"), było trochę szaro... 


Wzdłuż zielonego szlaku przebiega także trasa nazwana Dziabar MTB Trail utworzona przez Enduro Trails Bielsko-Biała. Na ich stronie widnieje również zakładka "Ścieżki biegowe", jednakże nic się pod nią nie kryje... mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni, gdyż trasa, którą widziałam w drodze na Szyndzielnię wyglądała ciekawie i bardzo profesjonalnie.
Ale do gór wracają, Szczyt Szyndzielnia znajduje się na wysokości 1026 m n.p.m. 


Schronisko o tej samej nazwie zbudowane zostało w 1897 roku i tym samym jest najstarszym schroniskiem w Beskidach. Po przekroczeniu progu miałam przez chwilę wrażenie, jakbym znajdowała się w bardzo starym i odludnym miejscu, gdzie schronienie znajdują ludzie i ich psy, a przecież na szczyt prowadzi kolej linowa z Olszówki.


Kolejnym celem w tym dniu, było zdobycie szczytu Klimczok, na wysokości 1117 m n.p.m.


Tutaj niestety pogoda całkowicie nie dopisała i do schroniska szliśmy praktycznie we mgle. Samo schronisko górskie swoim klimatem było zupełnie różne od Szyndzielni. Panie poubierane były w góralskie stroje, sale przyoozdobione choinkami i światełkami, kwiatami, a okna kolorowymi zasłonami. Menu mogłabym określić jako standardowe schroniskowe. Być może w niewielu schroniskach górskich jeszcze w swoim życiu miałam okazję przebywać, jednakże przyzwyczaiły mnie one raczej do dobrej, domowej polskiej kuchni. Tego o schronisku Klimczok jednak nie da się powiedzieć. Niestety.


Całą wyprawę uważam za interesującą, nie jestem pewna czy chciałabym ją tymczasem powtórzyć. Być może skusiłabym się na wejście ze strony Szczyrku?
Powrót w półmroku okazał się dużo ciekawszy, niż samo wchodzenie, a to przede wszystkim ze względu na zdecydowane pustki na szlakach (spotkaliśmy jedynie dwie osoby zjeżdżające na rowerach) i przepiękne widoki na rozświetlone Bielsko.

poniedziałek, 13 lutego 2017

babassu oil & another hand cream

Olej babassu otrzymywany jest w procesie tłoczenia na zimno z orzechów palmy babassu, (babaçu) zwanej też atalia, palma brazylijska, mąglina. Palma ta rośnie dziko w tropikalnych lasach Brazylii, i tam jest też uprawiana.


Olej ten w temperaturze pokojowej ma postać miękkiego masła, które topnieje w temperaturze zbliżonej do temperatury skóry. Stąd idealnie nadaje się do produkcji maseł do masażu.
Olej zawiera około 70% tłuszczów. Jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe: oleinowy (o działaniu wygładzającym i nawilżającym naskórek), linolowy (przyspiesza odnowę komórkową skóry i redukuje przebarwienia), linolenylowy (pomaka w walce z niedoskonołościami skóry). Zawiera także nasycony kwas laurynowy, który ma silne właściwości antybakteryjne.
Przez temperaturę topnienia, jak i zawartość wyżej wymienionych kwasów, olej babassu często porównywany jest do oleju kokosowego.
Po raz pierwszy użyłam go do produkcji balsamu do ciała/kremu do rąk. 
Połączyłam go wraz z olejem awokado, olejkiem jojoba, a do utwardzenia dodałam wosku pszczelego (w równych proporcjach, rozpuszczając w kąpieli wodnej). Konsystencja jest bardzo przyjemna. Krem wydaje się twardy, ale po chwilowym kontakcie ze skórą szybko się roztapia. Balsam wchłania się trochę dłużej, ale bardzo dobrze nawilża naskórek. Ponieważ wszystkie składnik mają bardzo delikatny zapach, pod koniec dodałam kilka kropel naturalnego olejku jaśminowego.
Olej babassu wskazuje bardzo dobre właściwości do produkcji kosmetyków do pielęgnacji włosów. Ułatwia rozczesywanie oraz zapobiega rozdwajaniu się końcówek. Ma również działanie okluzyjne, dzięki czemu włosy są nawilżone i lśniące.

środa, 8 lutego 2017

veggiestan & Salata Tamr wa Jubnat Feta

Tym razem w podróż kulinarną udałam się do krajów arabskich, gdzie połączenie daktyli i sera, nie jest tak orientalne, jak dla naszych smaków. Może być spożywana tam zarówno na śniadanie, obiady czy kolacje. Jest dosyć pożywna, ale również będzie świetnym akompaniamentem dla dań zawierającyh pomidory.


potrzebne składniki

szuszony na słońcu chleb
oliwa z oliwek
świeża kolendra
rukola
12 świeżych lub suszonych daktyli
150 gr sera feta
75 gr orzechów włoskich
1 cebula

na sos:
4 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżeczki syropu z daktyli
3 łyżeczki octu balsamicznego
świeża mięta
sól

Suszony chlebek (na przykłąd turecki pide, albo perski chlebek barberi, ja użyłam tym razem gotowego suszonego na słońcu chlebka, który jest dosyć miękki; myślę, że do tej roli świetnie by się także nadał kreteński paksimadi) podgrzewamy lekko na patelni z rozgrzaną oliwą, a następnie kiedy ma już złoty kolor i jest kruchy, odkładamy kawałeczki na ręcznik papierowy, aby wchłonął tłuszcz.
Listki kolendry mieszamy razem z rukolą i układamy w mieseczce.
Daktyle kroimy i mieszamy delikatnie z serem, oczechami, pokrojoną w paski cebulą oraz suszonym chlebkiem. Następnie tę mieszankę wysypujemy na przygotowaną wcześniej miseczkę z rukolą i kolendrą. Mieszamy ze sobą składniki na sos i całość polewamy.

wtorek, 31 stycznia 2017

winte rmood - Magurka


Gdy tylko pojawiła się możliwość wspólnego wyjazdu ze znajomymi w góry od razu zapałałam entuzjazmem. Wolne przypadało w tym samym czasie nam wszystkim, chęci, kondycja i pomysły na wykorzystanie tych dni bardzo się pokrywają. Ale każdy wyjazd zimą w góry trzeba dobrze przygotować. 
Zaczęłam oczywiście od przeszukiwania internetu w celu odnalezienia jak największej ilości informacji w danej tematyce, oglądania filmików, które tylko podnosiły mój zapał do całej inicjatywy.
Okazało się jednak, że mój sprzęt biegowy, niezbyt będzie nadawał się na tatrzańską zimową eskapadę i oprócz internetu musiałam zacząć poszukiwać odpowiedniego ekwipunku. A zabrałam ze sobą najlepszego znanego mi Specjalistę. Po wielu godzinach, sprawdzaniu ocen danego sprzętu udało się wreszcie pójść na pewne kompromisy (chociaż przyznam, że załamałam się chwilowo, kiedy nie byłam wstanie znaleźć butów, które spełniałyby wymagane do trekkingu kryteria, a przy tym cechowałyby się ciekawym designem, i jeszcze były w moim rozmiarze). Najciekawsze rozwiązania z mojej perspektywy proponuje marka Salomon, którą znam jak na razie jedynie z plecaka biegowego (podczas ŁUT sprawdził się doskonale) oraz butów Speedcross3 (które pozwoliły mi zdobyć 3 miejsce w zimowym crossowym biegu na 17 km).


Po krótkiej kwerendzie internetowej bardzo szybko przekonałam się, że za brakami sprzętowymi idą też braki w doświadczeniu, a wspinaczki letniej, czy nawet biegania, nijak nie da się przełożyć na trekking zimowy.
Postanowiłam więc wybrać się na pierwszą wyprawę zimową w góry w samotności, w celu przygotowania się do trudniejszych warunków.
Zaczęłam więc od miejsca, w którym już kiedyś byłam, a mianowicie Magurki Wilkowickiej, szczytu znajdującego się w Beskidzie Małym. Plan był dobry, zaopatrzona byłam we wgraną mapę w zegarku. Teoretycznie miałam wejść i zejść tą samą drogą.


Najpierw podążałam ulicą Harcerską z centrum Wilkowic, aż do schroniska PTTK na Magurce, a następnie niestety zeszłam szlakiem czerwonym (trochę się przy tym gubiąc). Tutaj wykazałam się brakiem roztropności nie zabierając ze sobą mapy papierowej, i myśląc, że skoro raz już tutaj byłam, to na pewno się nie zgubię. Szlak całe szczęście był przetarty, ale duża ilość śniegu utrudniała orientację oraz odnajdywanie oznaczeń.


Całe szczęście i na taką sytuację byłam przygotowana. Podczas podróży telefon miałam w trybie samolotowym, dzięki czemu miałam zachowaną pełną baterię na wypadek koniecznego telefonu.
Wiedziałam również, że na szlaku znajduje się schronisko w którym już wcześniej byłam, i wybrałam je na miejsce odpoczynku, ogrzania się i doładowania energii (pod postacią klusek parzonych z malinami).


Ważnym elementem podczas tej wyprawy było także spakowanie się. Ciepła herbata, dwie tabliczki czekolady (z których jedna przydała mi się także podczas kolejnej wyprawy), dodatkowe spodnie i skarpetki na zmianę, oraz ciepła bluza. I to tak naprawdę wystarczyło. No może poza kijkami, o których kompletnie zapomniałam podczas pakowania. Na wypadek niespodziewanych sytuacji miałam ze sobą folię NRC, czołówkę oraz trochę więcej pieniędzy w portfelu. Całe szczęście nic z tego dodatkowego sprzętu tym razem nie było mi potrzebne.


Pogoda dopisała niesamowicie. Piękne świecące słońce i niewielki mróz pozwoliły mi spacerować jedynie w polarze, a kurtka na załamania pogody mogła być schowana w plecaku. Rękawiczki też przydały się jedynie podczas schodzenia. 


Pomimo małych przygód na trasie, całość udało mi się pokonać dosyć szybko i zdążyłam jeszcze pojechać kupić moje ukochane oscypki w niedaleko położnym Szczyrku.
Wyprawę uważam za bardzo udaną, gdyż nie tylko udało mi się przetestować sprzęt, dowiedzieć się co by mi się jeszcze podczas takie wyprawy przydało, ale także poznałam trochę swój organizm. Już trochę więcej wiem na temat tego, jak reaguje podczas zimowych przechadzek w górach. Ciekawym doświadczeniem jest też sprawdzenie, jak idzie się wyrównaną przez pojazdy drogą, a jak ledwo przetartym szlakiem przez las, gdy pod nogami znajduje się śnieg, a pod nim gruba warstwa lodu.
Najpiękniejsze wspomnienie jest chyba jednak z widoku na ośnieżone drzewa, z przebiegających drogę saren, z wdechu na czystym mroźnym powietrzu i z kawy wypitej w schronisku z widokiem na niezdobyte jeszcze szczyty.


piątek, 27 stycznia 2017

Italia


Jest we Włoszech pewna magia bliskości, bo chyba każdy kto podróżuje do Italii czuje się tam dobrze, jak w domu. Nie jestem pewna czy to natura wytwarza taką więź, czy włoska kultura, a może to nasza pierwotna dusza odczuwa przynależność do tego miejsca na Ziemi?
W podróży do Włoch najbardziej lubię prostotę. Prostotę krajobrazu, prostotę zachowań. Nie wymagam od siebie wtedy niczego, poza czystymi odczuciami. Nie potrzeba niczego więcej, poza winem pitym na urokliwej ławeczce w parku, albo siedząc na progu drzwi i podziwiając architekturę miasta. Wystarczy wtedy mała czarna kawa, bez żadnych dodatków, podana na rozpadającym się stoliczku. 


O tak. Bo Włochy kocham także za kawę. Za wymyślenie sposobu zaparzania kawy jaką jest kawiarka Bialetti. Za to, że za każdym razem, kiedy patrzę na to, jak powoli wydobywa się ta złota pianka, przychodzą mi do głowy wspomnienia każdego poranka spędzonego na Krecie, na werandzie domu Włoskiej Misji Archeologicznej, gdzie przed ciężkim dniem pracy jadaliśmy śniadania.


Kiedy jednak wędrowałam po Florencji, do głowy cały czas nasuwała mi się uparcie jedna myśl: czy życie w cieniu sztuki, powoduje że się rozwijamy czy stoimy w miejscu? Czy obcując z pięknem na co dzień przyzwyczajamy się do niego i nie dostrzegamy go, a może dzięki temu jesteśmy w stanie bardzo szybko ocenić później co pięknem jest a co nim nie jest? Czy nie żyjemy cały czas w przeświadczeniu, że obok nas jest coś tak wielkiego czemu nigdy nie dorównamy?


Florencja oprócz swojej wspaniałej renesansowej architektury, bogatych zbiorów w budynkach muzeów, pysznej kawy czy przepięknych witryn ciastkarni, którym robieniu zdjęć nie mogłam się oprzeć, ta sama Florencja zaskoczyła mnie jednak pewnym rodzajem sztuki współczesnej. Sztuki miasta, sztuki ulicy. A to za sprawą jednego znaku zakazu ruchu, który zauważyliśmy. Najpierw myśleliśmy, że to taki jednorazowy żart. Ale potem, kiedy było ich więcej i więcej, to już nie wiedzieliśmy. Nie możliwe, że miasto o tym nie wie. Nie możliwe, że ktoś robi sobie takie dowcipy z zakazów, a władze nic z tym nie robią.
A jednak. I wszystko za sprawą Francuza o imieniu Clet Abraham, który z pewną bezczelnością bawi turystów odwiedzających to centrum Renesansu. Być może to jednak nie tylko chęć ubawienia publiczności, ale czasami też komentarz do pewnych społecznych zachowań lub wydarzeń?


Teraz Włochy nie będą mi się jednak kojarzyć z tym wszystkim. Kiedy pomyślę o Florencji, nie pomyślę o Renesansie, o Sztuce, o kawie. Przynajmniej nie w pierwszej kolejności. 
Najpierw pomyślę o małym skwerku przy Ponte alle Grazie i Lungarno Torrigiani, gdzie piliśmy wino, jedliśmy ser i tarallini. A deszcz w niczym nam nie przeszkadzał.

środa, 4 stycznia 2017

veggiestan & Khoresht-e-Gheimeh Khalal

Tym razem postanowiłam sięgnąć po jednogarnkowe danie z Iranu. Khoresht, czyli casserole, czyli danie duszone na małym ogniu. Przez wzgląd na ograniczony dostęp do niektórych produktów musiałam użyć niestety pewnych substytutów do tego dania. 
Po pierwsze: owoce berberysu. Zawierają mnóstwo witaminy C i są powszechnie wykorzystywane w kuchnii Iranu. Tym razem zastąpiłam je żurawiną, jednakże mam nadzieję, że następnym razem uda mi się je kupić.
Po drugie: suszone limonki. Nie wiem czy są do dostania w mojej najbliższej okolicy. Użyłam w ich zastępstwie liści kafiru, czyli suszonych liści limonki (które notabene zakupiłam także na zagranicznych wojażach).
Przy poszukiwaniu wyżej wymienionych składników miałam okazję wypróbować zaopatrzenie pobliskich sklepów, które chwalą się oryginalnymi produktami. Te chyba były jednak zbyt egzotyczne.
W swoich podróżach kulinarnych chyba jeszcze nigdy nie dotarłam do Iranu. Po tym pierwszym eksperymencie wydaje mi się ona niezwykle aromatyczna, pożywna i na pewno zdrowa. Jak to zwykle bywa z daniami Wschodu, i to jest wieloskładnikowe, jednakże przez to, że wykonuje się je w jednym garnku - sprawia wrażenie dość prostego.

potrzebne składniki


2 cebule
olej do smażenia
1 łyżeczka kurkumy
6 ziemniaków
1 łyżeczka harissy
2-3 suszone limonki
120 gr owoców berberysu
100 gr migdałów pociętych w słupki
4 duże pomidory
sól

W rondlu podgrzewamy oliwę, na której podsmażamy posiekaną cebulkę. Po chwili dodajemy kurkumę i dobrze mieszamy. Następnie dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki (dodałam także jednego batata, który jednak w późniejszym procesie gotowania rozpadł się), harissę oraz suszone limonki. Całość zalewamy wodą i doprowadzamy do wrzenia. Następnie wrzucamy owoce berberysu i migdały, a całość odstawiamy pod przykryciem aby się dusiło.
Kiedy ziemniaki będą lekko podgotowane, dodajemy pokrojone pomidorki, doprawiamy solą do smaku i ponownie odstawiamy pod przykryciem na małym ogniu. Danie jest gotowe, kiedy ziemniaki będą miękkie, a pomidory się całkowicie rozpadną.