niedziela, 19 listopada 2017

tonic with mandelic acid

Kwas migdałowy należy do grupy kwasów AHA. Ma działanie antybakteryjne dzięki czemu oczyszcza skórę i łagodzi stany zapalne. Poprawia koloryt skóry, rozjaśnia przebarwienia, zmniejsza zmarszczki i spłyca blizny. Przy produkcji kosmetyków domowych zalecane jest stężenie do 10%. W przygotowaniu skóry twarzy przed kuracją silniejszym stężeniem tonik należy stosować w pierwszym tygodniu raz dziennie, natomiast w drugim dwa razy dziennie. Powinniśmy oczywiście pamiętać, że toniku o niskim stężeniu 5% możemy używać przez cały rok, pamiętając jednak o ochronie przed promieniami UV.


potrzebne składniki

28,5 g hydrolatu lawendowego
1,5 g kwasu migdałowego

Kwas migdałowy przy niskim stężeniu rozpuści się w wodzie przy pomocy mieszania. W celu szybszego rozpuszczenia można delikatnie podgrzać w łaźni wodnej. Tonik może być przechowywany do 2-3 tygodniu bez użycia konserwantu w szklanej buteleczce.
Aby zaaplikować tonik należy dokładnie umyć twarz. Następnie na wacik nakładamy tonik i aplikujemy delikatnie na skórę omijając okolice oczu i ust. Po upływie około 30 minut na skórę twarzy nakładamy krem lub olej.

środa, 15 listopada 2017

vitamin C


Do niedawna zażywanie witaminy C w zwiększonej dawce kojarzyło mi się głównie z przeziębieniami i stanami zapalnymi, dopóki nie natrafiłam jednak na informację, że sportowcy w szczególności jej potrzebują. Od tego czasu postanowiłam poszerzyć swoją wiedzę w tym temacie i oto informacje, które udało mi się zdobyć.
Witamina C nazywana jest również kwasem L-askorbinowym występuje naturalnie przede wszystkim w owocach cytrusowych, ale także papryce, warzywach kapustnych i ziemniakach. Oprócz znanego chyba wszystkim silnego działania na system immunologiczny, witamina C jest również doskonałym antyoksydantem, który chroni nas przed negatywnymi skutkami stresu oksydacyjnego. Podczas treningu zaczęłam więc pić wodę z rozpuszczonym kwasem askorbinowym, gdyż obniża on poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu właśnie.
Witamina C jest również doskonałym składnikiem kosmetyków. Ma wiele korzyści, pomiędzy którymi znajduje się działanie rozjaśniające, przyspieszanie produkcji kwasu hialuronowego, uczestniczy w syntezie kolagenu i elastyny.
Witaminę C w kosmetykach można łączyć z witaminą E, dzięki czemu wzmocni się ich działanie. Nie wolno jej jednak łączyć z witaminą B3.
Kosmetyki z witaminą C należy przechowywać w szczelnie zamkniętym opakowaniu w lodówce, i zużyć jak najszybciej od wykonania. Produkty powinno się także stosować na noc.

Do tej pory wykonałam jedno serum, jednakże czuję że jego działanie jest bardzo dobre, wobec tego kurację tę chętnie wprowadzę do swojej tygodniowej rutyny.

użyte składniki

                                                                 Witamina C       1,5g
                                                                 Witamina           4 krople 
                                                                 Hydrolat            6,3g
                                                                 Gliceryna           0,5g

Witaminę C rozpuszczamy w dowolnym hydrolacie lub wodzie demineralizowanej. Ja użyłam wody kwiatowej, która jest idealna dla cely problematycznej i mieszanej. Następnie dodajemy pozostałe składniki i mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Serum jest gotowe do użycia.

poniedziałek, 6 listopada 2017

ginger chili muscle rub


Jednym z naturalnych sposobów na bolące mięśnie są papryki chili, czyli capsicum, a właściwie zawarta w nich kapsaicyna. Doskonale wnika w skórę, gdyż jest substancją, która rozpuszcza się w tłuszczach.
Olejek z trawy cytrynowej dodatkowo dodany do naturalnej maści rozszerza naczynia krwionośne, polepsza krążenie, a także działa uspokajająco, idealnie więc nadaje się do stosowania po dłuższym wysiłku.

potrzebne składniki

1/2 szklanki oleju kokosowego
1 łyżka wosku pszczelego
1 łyżeczka sproszkowanego imbiru
rozgniecione papryczki chili
kilka kropli ulubionego olejku naturalnego (ja użyłam trawy cytrynowej)


Olej i wosk rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Następnie dodajemy papryczki i imbir i mieszamy. Zdejmujemy garnuszek z ognia i po chwili dodajemy kilka kropelek olejku naturalnego. Przelewamy do pojemnika i pozwalamy ostygnąć.
Stosujemy na bolące mięśnie delikatnie wmasowując do całkowitego wchłonięcia.

wtorek, 31 października 2017

Luton

Wyprawy do Luton są dla mnie zawsze skarbnicą wiedzy, którą mogę odkryć o smakach wschodnich kuchni, szczególnie tej najbardziej mnie ostatnio fascynującej - indyjskiej.
I poza kolorowym targiem z egzotycznymi dla mnie produktami, jak karela, czyli gorzki melon, mogę rozkoszować się także najróżniejszymi daniami w indyjskich restauracjach.


Tym razem w pamięć najbardziej zapadła mi chyba kiszona cebula, podana jako jedna z przystawek, którą koniecznie będę musiała wykonać sama w domu. Miała bardzo mocny, ostry aromat i smak.


Ciekawy wydał się również chutney z mięty i jogurtu. Nie jestem jednak pewna, co nadało mu pomarańczowy kolor. Jeśli jeszcze będę mieć powrotu do tego samego miejsca, to na pewno to sprawdzę.


Za każdym razem staram się spróbować także innego dania. Tym razem zdecydowałam się na warzywne Biriani, serwowane z warzywnym curry i byłam ze swojego wyboru bardzo zadowolona. Nie wiem jednak dlaczego, ale przekonana jestem, że dania kuchni indyjskiej powinny być dużo ostrzejsze, niż to które otrzymałam.


Chyba nic jednak nie może równać się ze świeżym chlebkiem Nan. Jego tajemnicę muszę chyba posiąść podczas podróży do Indii, która to marzy mi się co raz bardziej intensywnie...

moving in


Czasami zastanawiam się ile jeszcze razy będę się przeprowadzać. Raz na dwa lata albo nawet częściej, jak się zdarzyło to dwa lata temu trzy albo cztery razy co miesiąc. Frekwencja jest dosyć wysoka. I mimo początkowego przerażenie, które mnie ogarnia, przy kolejnym pakowaniu, przyznaje że pod względem też trochę to lubię. Nigdy nie ma chyba lepszego momentu na pozbycie się zbytecznych rzeczy, jak właśnie przeprowadzka. Za każdym razem zastanawiam się, po co mi tyle niepotrzebnych rzeczy i że chyba powinnam dążyć do minimalizmu. Oczywiście jestem zawsze krok ku temu bliżej, ale potem znowu jakoś o tym zapominam... Ten rozdział rozpocznę jednak od mocnego postanowienia w ograniczaniu się w kupowaniu rzeczy "ładnych" i takich, które "na pewno się przydadzą" do momenty zużycia poprzednich. Zobaczymy jak mi pójdzie tym razem.

Crete again

O podróżach mówi się najczęściej, że dzięki nim można poznać samego siebie. Podczas ostatniej wakacyjnej wyprawy jednak, nie poznałam siebie samej, ale chyba przypomniałam sobie kim jestem, czego chcę, a czego nie chcę, co jest dla mnie ważne.
Podróże mogą być sentymentalne, i pełna obaw wybrałam się na Kretę, z ciągłą myślą o tym, że zatęsknię za archeologią, że będę chciała rzucić wszystko co robię, i powrócić do tego, co kiedyś było dla mnie ważne.


Przemierzając jednak kolejne uliczki, zakamarki i miejsca, czułam się owszem, jakbym wróciła do bliskich mi rejonów. Byłam jednak bardzo otwarta na nowości, które na mnie czekały. Wydaje mi się że z największą przykrością stwierdziłam, jak bardzo szkoda mi tradycyjnej piekarni w Rethymno, po której nie pozostała nawet witryna...
Na powrót mogłam odnaleźć siebie w miejscach do których chadzałam kiedyś codziennie, przypomniałam sobie smaki, które kiedyś były na porządku dziennym. Z radością jednak odkrywałam również nowe kawiarnie i tawerny, wpisujące się w obecny krajobraz i potrzebny współczesnych ludzi idealnie.


Ze smutkiem zaobserwowałam i przekonałam się niestety na własnej skórze, że już nie jest tak całkiem bezpiecznie i beztrosko jak było kiedyś... I mimo wszystko chyba już na zawsze będę czuła się trochę bardziej niezależna, trochę bardziej wyzwolona i pewna siebie na tej kreteńskiej ziemi... I na pewno dałabym jeszcze dużo by móc tam powracać i powracać. Niezapomniane będą noce pod gwiazdami przy butelce retsiny, długie rozmowy do rana o wszystkim co się w naszym życiu wydarzyło...


a następnego dnia smak zimnej kawy

wtorek, 3 października 2017

cabbage soup

Po raz pierwszy postanowiłam sięgnąć po bardziej polskie smaki i wybrałam sobie z książki kucharskiej tym razem kapuśniaczek. Książka to Sezonowe Warzywo, z której próbowałam już kilka bardziej oryginalnych dań, a teraz chciałam postawić na prostotę. I chyba pogoda za oknem nastraja do takich potraw.
Kimchi, które jest wymienione w składnikach zastąpiłam kapustą kiszoną, niestety kupionej, a nie własnoręcznie zrobionej. Danie jednak na pewno powtórzę, jak tylko przygotuję kiszonki.


potrzebne składniki

1 szklanka czerwonej soczewicy
1 l wody
2-4 duże pomidory
1 szklanka kimchi
1 łyżka sosu sojowego
posiekana natka pietruszki
kolendra

Soczewice opłukaną na sicie należy gotować pod przykryciem przez około 10 minut.
Pomidory obieramy ze skórki i kroimy na drobno, a następnie dodajemy do garnka z soczewicą razem z kiszoną kapustą lub kimchi. Gotujemy przez około 20 minut aż soczewica zmięknie. Pod koniec dodajemy sos sojowy.
Zupę podajemy posypując ją świeżo posiekaną natką pietruszki i kolendrą.

środa, 13 września 2017

Nadan kerala parippu carry


Tym razem podróżując po orientalnych sklepikach Londynu natrafiłam na ziarnka, które w pierwszej chwili przypomniały mi grecką fawę. Po zapoznaniu się jednak z opakowaniem przeczytałam, że są to żółte ziarnka fasoli mung. Wydaje mi się, iż do tej porty znałam jedynie kiełki fasoli mung i chyba zielone ziarna, nie wiem niestety czym różni się fasolka o różnym kolorze od siebie.
Fasola mung którą kupiłam pochodzi z Tajlandii, jednakże jest uprawiana również w Chinach i Indiach. To bogate źródło białka i błonnika, jest więc idealna w diecie wegetariańskiej, ma działanie antyoksydacyjne, a także zawiera szereg witamin A, B, C, K i E. Fasolka mung łagodzi również stres.
W kuchni ajurwedyjskiej jest idealnym składnikiem dla doszy Pity, ponieważ chłodzi organizm. Przypisuje się jej również właściwości antyrakowe, a jeżeli chodzi o urodę, to ziarnka bogate są w fitoestrogeny, które opóźniają procesy straszenia się skóry.
I to wszystko udało mi się zakupić przez całkowity przypadek, ale mam takie przeczucie, że fasola mung już na stałe wejdzie do mojego jadłospisu.

W pierwszej kolejności postanowiłam wykorzystać ją do indyjskiego przepisu na Keralski dal z mojej ulubionej strony z potrawami tejże kuchni. Recepturę zmodyfikowałam, usuwając z niej kokos.

Potrzebne składniki

1 szklanka fasoli mung
1/2 łyżeczki kurkumy
sól

pasta przyprawowa:
1/2 łyżeczki nasion kminu rzymskiego
1 ząbek czosnku
1-2 szalotki (ja użyłam czerwoną cebulę)
1-2 zielone papryczki chili (ja użyłam czerwoną)
woda

do podsmażenia:
1 łyżeczka nasion gorczycy
2 szalotki
10-12 listków curry (ja użyłam liście kaffiru)
1-2 suszone papryczki chili

Fasolkę należy ugotować w litrze wody aż będzie miękka i zacznie się rozpadać. 
Składniki na pastę blendujemy w malakserze aż do uzyskania gładkiej pasty. Do ugotowanej fasolki dodajemy kurkumę, rozgniatamy widelcem a następnie łączymy z pastą przyprawową i gotujemy jeszcze przez około 5 minut.
Na oliwie podsmażamy gorczycę i kmin, a po chwili dodajemy pokrojoną w paseczki cebulkę, chili i liście curry i smażymy aż cebula się zeszkli.
Do gotowego dalu dodajemy podsmażone przyprawy i podajemy.

piątek, 11 sierpnia 2017

triathlon energy bar

Starając się od chyba ostatniego półrocza nadgonić za wszystkimi treningami triathlonowymi zaniedbałam się w przyrządzaniu domowych specjałów, a na pewno zaniedbałam pisanie o nich. Czas nadszedł aby to zmienić, i ponownie powracam z przepisem na batoniki energetyczne, idealne podczas i po treningu. Rynek zapełnił się nagle gotowymi produktami i już już chwytałam za taki batonik w jednym ze sklepów, gdy w ostatniej chwili powstrzymałam się i powróciłam do półki ze zdrową żywnością i bakaliami, aby wybrać składniki na batoniki domowej produkcji.


Tym razem sięgnęłam do zapasów z zakupów w pakistańskiej dzielnicy Luton i oprócz typowych rodzynek dodałam także anardana, czyli suszone pestki granatu. Mają kwaśny smak, co myślę że w ciekawy sposób złamie słodkość batonik. Wśród właściwości anardany wymienia się przede wszystkim wspomaganie trawienia.


Kolejną nowością której użyłam są suszone owoce berberysu, które z kolei udało mi się zakupić na targu w Wiedniu. Wspomagają one odporność organizmu, działają przeciwbólowo i przeciwgorączkowo. Berberys jest także polecany dla osób żyjących w stresie - uspokaja i wycisza, a także poprawia koncentrację.


potrzebne składniki


150 gr daktyli suszonych bez pestek
szklanka płatków owsianych
szklanka płatków orkiszowych
szklanka płatków owsianych
garść pestek słonecznika
garść rodzynek
garść owoców berberysu
garść suszonych pestek granatu
pół gorzkiej tabliczki czekolady, posiekanej
kakao
odżywka białkowa

Posiekane na drobno daktyle zalewamy w małym garnuszku zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia a następnie gotujemy jeszcze przez 5-10 minut aż zupełnie zmiękną. Odstawiamy na bok do ostygnięcia.
Pozostałe składniki mieszamy ze sobą, dodajemy miksturę z daktylami, a następnie przekładamy do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i mocno dociskamy do dna.
Całość pieczemy w piekarniku rozgrzanym do około 180 stopni przez około 30 minut.

czwartek, 27 kwietnia 2017

abyssinian oil


Olej abisyński powstaje z nasion modraku abisyńskiego. To jednoroczna roślina występująca w rejonie Morza Śródziemnego, a dokładnie na Wyżynie Abisyńskiej.
Olej abisyński bogaty jest w kwas erukowy - nienasycony kwas omega-9. Dzięki jego obecności olej wykazuje niezwykłe działania nawilżające. Tworzy również na skórze niewidzialną warstwę ochronną, która powoduje utrzymanie wysokiego poziomu nawodnienia skóry i chroni ją przed czynnikami zewnętrznymi.
Oprócz kwasu erukowego olej zawiera także kwasy tłuszczowe: palmitynowy, palmitoleinowy – oleinowy, linolowy, stearynowy, linolenowy arachidowy, behenowy i lignocerynowy.
Charakteryzuje się jasnym słomkowym kolorem i prawie bezwonnym zapachem.
Wykazuje działanie antyoksydacyjne dzięki czemu doskonale chroni przed wodnymi rodnikami i powstrzymuje proces starzenia się skóry. Nadaje skórze elastyczność i przyspiesza regenerację naskórka.
Poza stosowaniem na skórę twarzy olej można również wykorzystać w preparatach pielęgnacyjnych przeznaczonych do włosów, dłoni, paznokci, stóp. Z olejem abisyńskim można również wykonać kąpiel, dzięki czemu nasze ciało pozostanie miękkie i nawilżone. Olejek można także  wykorzystać po opalaniu, gdyż dzięki swoim właściwościom nawilżającym przyniesie ukojenie po zbyt długiej ekspozycji na promienie UV.
W swojej pielęgnacji od dnia dzisiejszego zastąpię do tej pory używany przeze mnie olej ze słodkich migdałów olejem abisyńskim i będę stosowała czysty olej bezpośrednio na skórę twarzy. Na razie nie będę łączyła go z innymi składnikami ponieważ jestem ciekawa efektów jakie przyniesie sam olejek.
Jednym z pierwszych pozytywnych aspektów jest to, że olej nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Jestem bardzo ciekawa dalszych efektów.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Dal Tadka

Jeszcze ponad dwa lata temu moimi ulubionymi daniami były te proste, wykonane z małej liczby składników, o konkretnych i wyrazistych smakach, z maksymalnie trzema przyprawami i ziołami.
Dziś świetnie odnajduję się także w skomplikowanych przepisach, łączących w sobie kilka smaków. I taka jest właśnie dla mnie kuchnia indyjska, w której dopiero raczkuję.
Dal Tadka to indyjskie curry, czyli danie w formie sosu z warzywami. Dal oznacza nic innego jak warzywa strączkowe, natomiast słowo Tadka w nazwie dania wskazuje na to, że zostało ono doprawione na koniec przyprawami, które były podsmażone na gorącym tłuszczu.
Przepis otrzymałam od znajomego z pracy.


potrzebne składniki

1 szklanka czerwonej soczewicy
1 cebula
2 pomidory
2 ząbki czosnku
2-centymetrowy korzeń imbiru
1/4 łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka soli
3 szklanki wody
3 łyżki oliwy
sok z cytryny

składniki na Tadkę

1/2 łyżeczki ziaren kminu rzymskiego (ja użyłam mielonego)
1 łyżeczka ziaren gorczycy
1 zielona papryczka chili (ja użyłam czerwonej pepperoni)
kilka listków curry (ja użyłam liście kaffiru)

Posiekaną cebulę musimy zeszklić na gorącej oliwie rozgrzanej w garnku, dodajemy kurkumę, sól, czosnek oraz imbir, podsmażamy i mieszamy. Następnie dodajemy pokrojone na małe kawałki pomidory i dalej chwilę smażymy.
Do garnka wsypujemy wypłukaną wcześniej soczewicę i zalewamy ją wodą. Dusimy pod przykryciem przez około 20 minut.
Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy przyprawy na Tadkę: kmin rzymski, gorczycę, posiekaną papryczkę oraz kilka listków curry. Smażymy przez chwilę a następnie tak gotowe przyprawy dodajemy do garnka z soczewicą. Całość jeszcze przez chwilę dusimy pod przykryciem. Solimy do smaku i dodajemy odrobinę soku z cytryny.

sobota, 22 kwietnia 2017

cocoa & coco body butter

Kilka znajomych osób opowiadało mi o tym, że jeśli masło do ciała zmiksuję mikserem, to uzyskam przyjemną puszystą masę. Do tej pory, przyznam szczerze, trochę bałam się tego eksperymentu, i ograniczałam się do roztapiania wszystkich składników w kąpieli wodnej, a następnie pozostawiałam do zgęstnienia. Taka konsystencja mi samej bardzo odpowiadała, ale kiedy postanowiłam wykonać masło do ciała na prezent, stwierdziłam, że można w tej materii trochę zaryzykować.

potrzebne składniki


masło kakaowe
masło shea
olej kokosowy
olej z krokosza

Wszystkie składniki w takiej samej ilości rozpuściłam w kąpieli wodnej, a następnie odstawiłam do ostygnięcia. Ponieważ masa nie chciała zgęstnieć, wstawiłam ją na trochę do zamrażarki, do momentu aż zaczęła przybierać białą barwę. Następnie całość miksowałam zwykłym mikserem kucharskim, do uzyskania puszystej konsystencji.
Zdecydowałam się jedynie na jeden produkt oleisty (myślę, że olej z krokosza można również zastąpić oliwą z oliwek) i nie dodawanie utwardzacza, gdyż za niego służyło mi masło kakaowe. Także ze względu na jego obecność i przyjemny zapach oleju kokosowego, postanowiłam nie dodawać żadnego olejku zapachowego.


Efekt jest powalający. Nie dość, że samego produktu jest zdecydowanie więcej, to przyjemnie rozprowadza się na skórze, Przepis ten na pewno będę powtarzać niejednokrotnie.

winter mood - Wielka Rycerzowa

Na swoją pierwszą prawdziwą górską wyprawę zostałam zabrana na Wielką Rycerzową. I miejsce to chyba już do końca mojego życia pozostanie owiane pewnym romantyzmem i czułością.
Ale zacznę od samego początku. W Beskid Żywiecki wyruszyliśmy samochodem z rana, i muszę przyznać, że trasa układała się bardzo malowniczo, aż do zjazdu z Żywca, gdzie samochód zaczął przemieszczać się po co raz mniejszych drogach, by w końcu po wyjechaniu z Ujsoł przenieść nas w nagle iście zimowy górski krajobraz. Jedyne na co miałam ochotę, to otworzyć okno i chłonąć zimne powietrze na moich policzkach.
Samochód postanowiliśmy zostawić na parkingu przy drewnianym kościółku we wsi Soblówka, by stamtąd wyruszyć czarnym szlakiem pod górę. Dystans wynosił około 6 km, przewyższenie około 500 metrów. Schronisko informowało, że jest to jedyny szlak, którym da się dotrzeć na górę, wiódł on jednak drogą utartą, wydaje się że zbudowaną (ciężko ocenić w zimowych warunkach).


Niezbyt zmęczeni, jednak trochę już głodni dotarliśmy do Bacówki PTTK na Rycerzowej, która miała stanowić dla nas schronienie na noc. Zostawiliśmy więc nasze bagaże, wypiliśmy piwko i wyruszyliśmy, aby zdobyć szczyt i pętelką przez Przełęcz Przysłop niebieskim i żółtym szlakiem wrócić do schroniska.


Wielka Rycerzowa to szczyt o wysokości 1226 m n.p.m, znajdujący się na głównej grani, na granicy Polski i Słowacji. Z tego punktu, można dostrzec niewiele (a może nam się po prostu nie udało?), z samej hali natomiast widzieliśmy Babią Górę, Pilsko, same Tatry (co podobno zdarza się tylko przy naprawdę dobrej widoczności), a z trochę wyższego położenia w kierunku szczytu - Małą Fatrę.




Robiąc kółko wokół schroniska dotarliśmy do Przełęczy Przysłop znajdującej się na wysokości 940 m n.p.m. i pomiędzy szczytami Wielkiej Rycerzowej i Świtkowej. Grzbietem Przełęczy Przysłop przebiega granica polsko-słowacka, i to właśnie tutaj znajdowało się kiedyś przejście graniczne. Grzbietem przełęczy przebiega także Wielki Europejski Dział Wodny pomiędzy zlewiskiem Morza Czarnego a Morza Bałtyckiego. 



Po powrocie zjedliśmy porządną kolację w Bacówce, i tutaj godna polecenia jest zdecydowanie specjalność Bacówki, czyli racuszki z sosem borówkowym. Z racji braku elektryczności w schronisku (prąd włączany jest jedynie na 2h w nocy, dzięki czemu można podładować telefony i wziąć prysznic w ciepłej wodzie), wszyscy goście zbierają się w jadalni przy kominku. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć przypadkowych spotkań (jakże byłam zdziwiona, kiedy mężczyzna spożywający kolację na przeciwko nas w samotności nagle zorganizował sobie gitarę i sam do siebie zaczął grać i śpiewać, a po dłuższej chwili dołączyli się do niego inni), i zawierania nowych znajomości (trzech mężczyzn nagle wstało, powiedziało, że idzie rozpalić ognisko i wszyscy są zaproszeni, z czego chętnie skorzystaliśmy).


Następnego dnia z rana musieliśmy niestety już wracać, i na drogę powrotną obraliśmy szlak żółty, zdecydowanie ciekawszy, chociaż niemało mieliśmy problemów aby wpierw go odnaleźć, brnąc po kolana w śniegu, a potem nie zgubić.
Pobyt na Rycerzowej zdecydowanie pobudził moje zainteresowanie. Już teraz zapisałam się na bieg Mała Rycerzowa, który ma miejsce w sierpniu, i jeśli tylko okoliczności będą sprzyjające to się na niego wybiorę. Wieczora spędzonego przy piwie w Bacówce snuliśmy także plany na przejście szlaku granią, latem, od schroniska do schroniska. I mam nadzieję, że plan ten zostanie kiedyś zrealizowany.

czwartek, 20 kwietnia 2017

ayurvedic face toner

Od pewnego czasu zaczęłam stosować hydrolat w codziennej pielęgnacji twarzy jako substytut toniku. Hydrolat jest nazywany także wodą kwiatową bądź też hydrozolem i jest produktem ubocznym powstającym podczas pozyskiwania olejku eterycznego.Hydrolat taki zawiera wszelkie substancje rozpuszczalne w wodzie z danej rośliny jak i niewielkie ilości olejku eterycznego.
Najbardziej znanym ze wszystkich jest chyba woda różana, popularna w krajach arabskich jak i na Cyprze, gdzie służy do przemywania rąk.
Do tej pory używałam czystego hydrolatu rumiankowego, który wskazany jest dla skóry wrażliwej i delikatnej. Ma właściwości nawilżające i przeciwzapalne. Hydrolat ten świetnie sprawdzał się w codziennej pielęgnacji rano i wieczorem.


Tym razem postanowiłam jednak wypróbować hydrolat miętowy, który odświeża, wzmacnia i ochładza (jest więc idealny dla doszy Pity).
Hydrolat zdecydowałam się wzmocnić kwasem hialuronowym, dzięki czemu mój naturalny tonik zwiększy swoje działanie nawilżające i pozostawi skórę gładką i odświeżoną na dłużej.


Hydrolat miętowy działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie, dzięki czemu jest idealny do cery skłonnej do wyprysków, przyspiesza gojenie i łagodzi reakcje alergiczne.

winter mood - Równica


Przed wyruszeniem w Tatry jeszcze raz postanowiłam wybrać się na samotną jednodniową wyprawę. 

Tym razem postanowiłam zdobyć Równicę - szczyt położony na wysokości 885 m n.p.m. w Beskidzie Niskim.
Trasę pokonałam wychodząc z Brennej zielonym szlakiem i myślę, że był to bardzo dobry wybór. Długość całej trasy i z powrotem to około 11,5 kilometra (z wejściem na szczyt), a przewyższenie około 617 metrów. Po drodze nie spotkałam praktycznie nikogo (fakt, że podróżując w tygodniu jest to dosyć częste), w przeciwieństwie po dotarciu na szczyt, gdzie przy schronisku znajdowało się kilka innych budynków, ośla górka, olbrzymi hotel, a z Ustronia prowadzi droga asfaltowa.

Trasa z Brennej była wprost przepiękna. Dopisała także słoneczna pogoda, z lekkim mrozem, który pozwalał swobodnie poruszać się po śniegu.



Na szczycie zjadłam oczywiście w Schronisku PTTK pierogi ruskie i wypiłam kawę, i ze względu na zatłoczenie wokół szczytu (także sprzętów ciężki wwożących rodziców z dziećmi na szczyt) postanowiłam dość szybko się ewakuować.


Chyba po raz pierwszy czułam o wiele więcej satysfakcji z samej drogi, śniegu, malowniczych krajobrazów ze szlaku, niż z dotarcia na sam szczyt.

piątek, 24 marca 2017

safflower & cleansing oil

Po raz drugi robię już olejek do demakijażu twarzy z krokoszem barwierskim. Pierwszy sprawdził się idealnie. Zawsze po umyciu przecierałam twarz jeszcze raz wacikiem namoczonym w olejku, i o dziwo zawsze pojawiały się na nim pozostałości po makijażu. Dodatkowo po przetarciu twarzy skóra pozostaje nawilżona i miękka, a olejek ma bardzo przyjemny zapach.
Tym razem zastąpiłam olej ze słodkich migdałów olejem z czarnuszki siewnej. Znajduje on zastosowanie głównie przy skórach alergicznych i trądzikowych. Dzięki zawartości olejku eterycznego używany jest także w aromaterapii, a olejkowi do mycia twarzy nadaje łagodny i przyjemny zapach. 

potrzebne składniki

80 gr Olej z czarnuszki siewnej
9,5 gr Olej krokoszowy 
10 gr Glyceryl cocoate 
0,5 gr Witamina E 


Do zlewki wlewamy oleje, następnie glyceryl cocoate, a na koniec dodajemy witaminę E. Całość mieszamy i przelewamy do buteleczki. Olejek należy przechowywać w temperaturze pokojowej, a jego ważność sięga do pół roku.

safflower

Krokosz barwierski to roślina o żółtych kwiatach, które w już w starożytności używane były jako substytut szafranu do barwienia potraw, na co zresztą wskazuje sama nazwa. Napar z kwiatów ma właściwości uspokajające i rozkurczowe. Z kwiatów krokosza można również wyprodukować wino.


Do tej pory zetknęłam się jednak tylko z olejem z nasion krokosza.

Głównym i chyba najważniejszym składnikiem oleju z krokosza jest kwas linolowy, który ma zarówno wiele właściwości zdrowotnych (zapobiega zawałowi serca, udarowi, miażdżycy) jak i kosmetycznych, pomiędzy którymi nawilżanie i regeneracja skóry, zmniejszenie jej przebarwień, a również wzmocnienie włosów. Następnie możemy w nim odnaleźć także kwasu olejowy, kwas palmitynowy, kwas stearynowy, kwas linolenowy, kwas arachidowy.
Olej z nasion krokosza jest również naturalnym źródłem witaminy E, która przeciwdziała starzeniu się skóry i łagodzi objawy nadmiernego wystawienia skóry na działanie promieni UV.
Olej z krokosza bywa więc często stosowany w kosmetykach przeznaczonych do cery tłustej, mieszanej, ze skłonnością do stanów zapalnych. Używany jest także jako czysty olejek do ciała, a także w kosmetykach przeznaczonych do pielęgnacji włosów.

środa, 22 marca 2017

veggiestan & peppers filled with moghrabieh

Już chyba tradycją się stało, że sięgając po przepisy z mojej ulubionej książki Veggiestan, nie mogę dostać jakichś składników. Tym razem było tak z moghrabieh, czyli grubym kuskusem z pszenicy. Zastąpiłam go tym razem drobną kaszą kuskus, ale kiedy tylko natrafię na moghrabieh, na pewno przepis powtórzę. Danie przypomina trochę nadziewane greckie papryki, poza dodatkowymi przyprawami, takimi jak piment i cynamon, jak również kolendrą. I oczywiście w Grecji papryki nie są zielone, a żółte.

potrzebne składniki


8 dużych zielonych papryk
100 gr moghrabieh
oliwa z oliwek
1 czerwona papryka
1 duża cebula
2 łodygi selera naciowego
3 ząbki czosnku
2 łyżeczki pimentu
 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego szafranu
500 ml bulionu warzywnego
świeża kolendra
świeża pietruszka
świeży koperek
sól
150 ml passaty lub soku z pomidorów

Gotowanie zaczynamy od przygotowania papryk. Odcinamy górę i wyjmujemy środek. Kuskus należy wypłukać.
Na patelni rozgrzewamy oliwę, i podsmażamy na nim pokrojoną czerwoną paprykę, cebulę i seler. Kiedy warzywa zmiękną dodajemy przyprawy i kuskus. Dodajemy szafran do bulionu warzywnego, który wlewamy do warzyw i kuskusu. Kiedy kuskus wchłonie bulion dodajemy kolendrę, pietruszkę i koperek, a następnie przyprawiamy do smaku.
Farsz przekładamy do papryk, dodając na wierzch passaty, a całość przykrywamy folią i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 190 stopni, na około 30 minut.
Pieczone papryki podajemy z ciepłym chlebkiem i jogurtem lub tzatziki.
Bliskowschodnia potrawa, podobnie do greckiej, świetnie smakuje w gorące dni podawana w chłodniejszej temperaturze, niż prosto z pieca.

niedziela, 19 marca 2017

winter mood - Szyndzielnia & Klimczok

Jednym z wielu dodatnich aspektów, które mogę odnaleźć w mieszkaniu na Śląsku, jest jego bliskie położenie do gór. Kolejnym przystankiem wśród moich wycieczek był ponownie Beskid Śląski, a konkretnie szczyty Szyndzielnia i Klimczok.
Wejście na górę pokonaliśmy od Schroniska PTTK Dębowiec zielonym szlakiem aż do Schroniska PTTK Szyndzielnia, skąd następnie udaliśmy się żółtym szlakiem na szczyt Klimczok, potem czarnym do Siodła pod Klimczokiem, a w końcu niebieskim do Schroniska PTTK Klimczok. Trasa była bardzo malownicza, jednakże chyba ze względu na wybór dnia wycieczki (sobota) zbyt zatłoczona. Nie wiem, czy również nie przez panujące warunki atmosferyczne (w radio powtarzano wciąż jedno słowo "smog"), było trochę szaro... 


Wzdłuż zielonego szlaku przebiega także trasa nazwana Dziabar MTB Trail utworzona przez Enduro Trails Bielsko-Biała. Na ich stronie widnieje również zakładka "Ścieżki biegowe", jednakże nic się pod nią nie kryje... mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni, gdyż trasa, którą widziałam w drodze na Szyndzielnię wyglądała ciekawie i bardzo profesjonalnie.
Ale do gór wracają, Szczyt Szyndzielnia znajduje się na wysokości 1026 m n.p.m. 


Schronisko o tej samej nazwie zbudowane zostało w 1897 roku i tym samym jest najstarszym schroniskiem w Beskidach. Po przekroczeniu progu miałam przez chwilę wrażenie, jakbym znajdowała się w bardzo starym i odludnym miejscu, gdzie schronienie znajdują ludzie i ich psy, a przecież na szczyt prowadzi kolej linowa z Olszówki.


Kolejnym celem w tym dniu, było zdobycie szczytu Klimczok, na wysokości 1117 m n.p.m.


Tutaj niestety pogoda całkowicie nie dopisała i do schroniska szliśmy praktycznie we mgle. Samo schronisko górskie swoim klimatem było zupełnie różne od Szyndzielni. Panie poubierane były w góralskie stroje, sale przyoozdobione choinkami i światełkami, kwiatami, a okna kolorowymi zasłonami. Menu mogłabym określić jako standardowe schroniskowe. Być może w niewielu schroniskach górskich jeszcze w swoim życiu miałam okazję przebywać, jednakże przyzwyczaiły mnie one raczej do dobrej, domowej polskiej kuchni. Tego o schronisku Klimczok jednak nie da się powiedzieć. Niestety.


Całą wyprawę uważam za interesującą, nie jestem pewna czy chciałabym ją tymczasem powtórzyć. Być może skusiłabym się na wejście ze strony Szczyrku?
Powrót w półmroku okazał się dużo ciekawszy, niż samo wchodzenie, a to przede wszystkim ze względu na zdecydowane pustki na szlakach (spotkaliśmy jedynie dwie osoby zjeżdżające na rowerach) i przepiękne widoki na rozświetlone Bielsko.