wtorek, 31 stycznia 2017

winte rmood - Magurka


Gdy tylko pojawiła się możliwość wspólnego wyjazdu ze znajomymi w góry od razu zapałałam entuzjazmem. Wolne przypadało w tym samym czasie nam wszystkim, chęci, kondycja i pomysły na wykorzystanie tych dni bardzo się pokrywają. Ale każdy wyjazd zimą w góry trzeba dobrze przygotować. 
Zaczęłam oczywiście od przeszukiwania internetu w celu odnalezienia jak największej ilości informacji w danej tematyce, oglądania filmików, które tylko podnosiły mój zapał do całej inicjatywy.
Okazało się jednak, że mój sprzęt biegowy, niezbyt będzie nadawał się na tatrzańską zimową eskapadę i oprócz internetu musiałam zacząć poszukiwać odpowiedniego ekwipunku. A zabrałam ze sobą najlepszego znanego mi Specjalistę. Po wielu godzinach, sprawdzaniu ocen danego sprzętu udało się wreszcie pójść na pewne kompromisy (chociaż przyznam, że załamałam się chwilowo, kiedy nie byłam wstanie znaleźć butów, które spełniałyby wymagane do trekkingu kryteria, a przy tym cechowałyby się ciekawym designem, i jeszcze były w moim rozmiarze). Najciekawsze rozwiązania z mojej perspektywy proponuje marka Salomon, którą znam jak na razie jedynie z plecaka biegowego (podczas ŁUT sprawdził się doskonale) oraz butów Speedcross3 (które pozwoliły mi zdobyć 3 miejsce w zimowym crossowym biegu na 17 km).


Po krótkiej kwerendzie internetowej bardzo szybko przekonałam się, że za brakami sprzętowymi idą też braki w doświadczeniu, a wspinaczki letniej, czy nawet biegania, nijak nie da się przełożyć na trekking zimowy.
Postanowiłam więc wybrać się na pierwszą wyprawę zimową w góry w samotności, w celu przygotowania się do trudniejszych warunków.
Zaczęłam więc od miejsca, w którym już kiedyś byłam, a mianowicie Magurki Wilkowickiej, szczytu znajdującego się w Beskidzie Małym. Plan był dobry, zaopatrzona byłam we wgraną mapę w zegarku. Teoretycznie miałam wejść i zejść tą samą drogą.


Najpierw podążałam ulicą Harcerską z centrum Wilkowic, aż do schroniska PTTK na Magurce, a następnie niestety zeszłam szlakiem czerwonym (trochę się przy tym gubiąc). Tutaj wykazałam się brakiem roztropności nie zabierając ze sobą mapy papierowej, i myśląc, że skoro raz już tutaj byłam, to na pewno się nie zgubię. Szlak całe szczęście był przetarty, ale duża ilość śniegu utrudniała orientację oraz odnajdywanie oznaczeń.


Całe szczęście i na taką sytuację byłam przygotowana. Podczas podróży telefon miałam w trybie samolotowym, dzięki czemu miałam zachowaną pełną baterię na wypadek koniecznego telefonu.
Wiedziałam również, że na szlaku znajduje się schronisko w którym już wcześniej byłam, i wybrałam je na miejsce odpoczynku, ogrzania się i doładowania energii (pod postacią klusek parzonych z malinami).


Ważnym elementem podczas tej wyprawy było także spakowanie się. Ciepła herbata, dwie tabliczki czekolady (z których jedna przydała mi się także podczas kolejnej wyprawy), dodatkowe spodnie i skarpetki na zmianę, oraz ciepła bluza. I to tak naprawdę wystarczyło. No może poza kijkami, o których kompletnie zapomniałam podczas pakowania. Na wypadek niespodziewanych sytuacji miałam ze sobą folię NRC, czołówkę oraz trochę więcej pieniędzy w portfelu. Całe szczęście nic z tego dodatkowego sprzętu tym razem nie było mi potrzebne.


Pogoda dopisała niesamowicie. Piękne świecące słońce i niewielki mróz pozwoliły mi spacerować jedynie w polarze, a kurtka na załamania pogody mogła być schowana w plecaku. Rękawiczki też przydały się jedynie podczas schodzenia. 


Pomimo małych przygód na trasie, całość udało mi się pokonać dosyć szybko i zdążyłam jeszcze pojechać kupić moje ukochane oscypki w niedaleko położnym Szczyrku.
Wyprawę uważam za bardzo udaną, gdyż nie tylko udało mi się przetestować sprzęt, dowiedzieć się co by mi się jeszcze podczas takie wyprawy przydało, ale także poznałam trochę swój organizm. Już trochę więcej wiem na temat tego, jak reaguje podczas zimowych przechadzek w górach. Ciekawym doświadczeniem jest też sprawdzenie, jak idzie się wyrównaną przez pojazdy drogą, a jak ledwo przetartym szlakiem przez las, gdy pod nogami znajduje się śnieg, a pod nim gruba warstwa lodu.
Najpiękniejsze wspomnienie jest chyba jednak z widoku na ośnieżone drzewa, z przebiegających drogę saren, z wdechu na czystym mroźnym powietrzu i z kawy wypitej w schronisku z widokiem na niezdobyte jeszcze szczyty.


piątek, 27 stycznia 2017

Italia


Jest we Włoszech pewna magia bliskości, bo chyba każdy kto podróżuje do Italii czuje się tam dobrze, jak w domu. Nie jestem pewna czy to natura wytwarza taką więź, czy włoska kultura, a może to nasza pierwotna dusza odczuwa przynależność do tego miejsca na Ziemi?
W podróży do Włoch najbardziej lubię prostotę. Prostotę krajobrazu, prostotę zachowań. Nie wymagam od siebie wtedy niczego, poza czystymi odczuciami. Nie potrzeba niczego więcej, poza winem pitym na urokliwej ławeczce w parku, albo siedząc na progu drzwi i podziwiając architekturę miasta. Wystarczy wtedy mała czarna kawa, bez żadnych dodatków, podana na rozpadającym się stoliczku. 


O tak. Bo Włochy kocham także za kawę. Za wymyślenie sposobu zaparzania kawy jaką jest kawiarka Bialetti. Za to, że za każdym razem, kiedy patrzę na to, jak powoli wydobywa się ta złota pianka, przychodzą mi do głowy wspomnienia każdego poranka spędzonego na Krecie, na werandzie domu Włoskiej Misji Archeologicznej, gdzie przed ciężkim dniem pracy jadaliśmy śniadania.


Kiedy jednak wędrowałam po Florencji, do głowy cały czas nasuwała mi się uparcie jedna myśl: czy życie w cieniu sztuki, powoduje że się rozwijamy czy stoimy w miejscu? Czy obcując z pięknem na co dzień przyzwyczajamy się do niego i nie dostrzegamy go, a może dzięki temu jesteśmy w stanie bardzo szybko ocenić później co pięknem jest a co nim nie jest? Czy nie żyjemy cały czas w przeświadczeniu, że obok nas jest coś tak wielkiego czemu nigdy nie dorównamy?


Florencja oprócz swojej wspaniałej renesansowej architektury, bogatych zbiorów w budynkach muzeów, pysznej kawy czy przepięknych witryn ciastkarni, którym robieniu zdjęć nie mogłam się oprzeć, ta sama Florencja zaskoczyła mnie jednak pewnym rodzajem sztuki współczesnej. Sztuki miasta, sztuki ulicy. A to za sprawą jednego znaku zakazu ruchu, który zauważyliśmy. Najpierw myśleliśmy, że to taki jednorazowy żart. Ale potem, kiedy było ich więcej i więcej, to już nie wiedzieliśmy. Nie możliwe, że miasto o tym nie wie. Nie możliwe, że ktoś robi sobie takie dowcipy z zakazów, a władze nic z tym nie robią.
A jednak. I wszystko za sprawą Francuza o imieniu Clet Abraham, który z pewną bezczelnością bawi turystów odwiedzających to centrum Renesansu. Być może to jednak nie tylko chęć ubawienia publiczności, ale czasami też komentarz do pewnych społecznych zachowań lub wydarzeń?


Teraz Włochy nie będą mi się jednak kojarzyć z tym wszystkim. Kiedy pomyślę o Florencji, nie pomyślę o Renesansie, o Sztuce, o kawie. Przynajmniej nie w pierwszej kolejności. 
Najpierw pomyślę o małym skwerku przy Ponte alle Grazie i Lungarno Torrigiani, gdzie piliśmy wino, jedliśmy ser i tarallini. A deszcz w niczym nam nie przeszkadzał.

środa, 4 stycznia 2017

veggiestan & Khoresht-e-Gheimeh Khalal

Tym razem postanowiłam sięgnąć po jednogarnkowe danie z Iranu. Khoresht, czyli casserole, czyli danie duszone na małym ogniu. Przez wzgląd na ograniczony dostęp do niektórych produktów musiałam użyć niestety pewnych substytutów do tego dania. 
Po pierwsze: owoce berberysu. Zawierają mnóstwo witaminy C i są powszechnie wykorzystywane w kuchnii Iranu. Tym razem zastąpiłam je żurawiną, jednakże mam nadzieję, że następnym razem uda mi się je kupić.
Po drugie: suszone limonki. Nie wiem czy są do dostania w mojej najbliższej okolicy. Użyłam w ich zastępstwie liści kafiru, czyli suszonych liści limonki (które notabene zakupiłam także na zagranicznych wojażach).
Przy poszukiwaniu wyżej wymienionych składników miałam okazję wypróbować zaopatrzenie pobliskich sklepów, które chwalą się oryginalnymi produktami. Te chyba były jednak zbyt egzotyczne.
W swoich podróżach kulinarnych chyba jeszcze nigdy nie dotarłam do Iranu. Po tym pierwszym eksperymencie wydaje mi się ona niezwykle aromatyczna, pożywna i na pewno zdrowa. Jak to zwykle bywa z daniami Wschodu, i to jest wieloskładnikowe, jednakże przez to, że wykonuje się je w jednym garnku - sprawia wrażenie dość prostego.

potrzebne składniki


2 cebule
olej do smażenia
1 łyżeczka kurkumy
6 ziemniaków
1 łyżeczka harissy
2-3 suszone limonki
120 gr owoców berberysu
100 gr migdałów pociętych w słupki
4 duże pomidory
sól

W rondlu podgrzewamy oliwę, na której podsmażamy posiekaną cebulkę. Po chwili dodajemy kurkumę i dobrze mieszamy. Następnie dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki (dodałam także jednego batata, który jednak w późniejszym procesie gotowania rozpadł się), harissę oraz suszone limonki. Całość zalewamy wodą i doprowadzamy do wrzenia. Następnie wrzucamy owoce berberysu i migdały, a całość odstawiamy pod przykryciem aby się dusiło.
Kiedy ziemniaki będą lekko podgotowane, dodajemy pokrojone pomidorki, doprawiamy solą do smaku i ponownie odstawiamy pod przykryciem na małym ogniu. Danie jest gotowe, kiedy ziemniaki będą miękkie, a pomidory się całkowicie rozpadną.