piątek, 27 stycznia 2017

Italia


Jest we Włoszech pewna magia bliskości, bo chyba każdy kto podróżuje do Italii czuje się tam dobrze, jak w domu. Nie jestem pewna czy to natura wytwarza taką więź, czy włoska kultura, a może to nasza pierwotna dusza odczuwa przynależność do tego miejsca na Ziemi?
W podróży do Włoch najbardziej lubię prostotę. Prostotę krajobrazu, prostotę zachowań. Nie wymagam od siebie wtedy niczego, poza czystymi odczuciami. Nie potrzeba niczego więcej, poza winem pitym na urokliwej ławeczce w parku, albo siedząc na progu drzwi i podziwiając architekturę miasta. Wystarczy wtedy mała czarna kawa, bez żadnych dodatków, podana na rozpadającym się stoliczku. 


O tak. Bo Włochy kocham także za kawę. Za wymyślenie sposobu zaparzania kawy jaką jest kawiarka Bialetti. Za to, że za każdym razem, kiedy patrzę na to, jak powoli wydobywa się ta złota pianka, przychodzą mi do głowy wspomnienia każdego poranka spędzonego na Krecie, na werandzie domu Włoskiej Misji Archeologicznej, gdzie przed ciężkim dniem pracy jadaliśmy śniadania.


Kiedy jednak wędrowałam po Florencji, do głowy cały czas nasuwała mi się uparcie jedna myśl: czy życie w cieniu sztuki, powoduje że się rozwijamy czy stoimy w miejscu? Czy obcując z pięknem na co dzień przyzwyczajamy się do niego i nie dostrzegamy go, a może dzięki temu jesteśmy w stanie bardzo szybko ocenić później co pięknem jest a co nim nie jest? Czy nie żyjemy cały czas w przeświadczeniu, że obok nas jest coś tak wielkiego czemu nigdy nie dorównamy?


Florencja oprócz swojej wspaniałej renesansowej architektury, bogatych zbiorów w budynkach muzeów, pysznej kawy czy przepięknych witryn ciastkarni, którym robieniu zdjęć nie mogłam się oprzeć, ta sama Florencja zaskoczyła mnie jednak pewnym rodzajem sztuki współczesnej. Sztuki miasta, sztuki ulicy. A to za sprawą jednego znaku zakazu ruchu, który zauważyliśmy. Najpierw myśleliśmy, że to taki jednorazowy żart. Ale potem, kiedy było ich więcej i więcej, to już nie wiedzieliśmy. Nie możliwe, że miasto o tym nie wie. Nie możliwe, że ktoś robi sobie takie dowcipy z zakazów, a władze nic z tym nie robią.
A jednak. I wszystko za sprawą Francuza o imieniu Clet Abraham, który z pewną bezczelnością bawi turystów odwiedzających to centrum Renesansu. Być może to jednak nie tylko chęć ubawienia publiczności, ale czasami też komentarz do pewnych społecznych zachowań lub wydarzeń?


Teraz Włochy nie będą mi się jednak kojarzyć z tym wszystkim. Kiedy pomyślę o Florencji, nie pomyślę o Renesansie, o Sztuce, o kawie. Przynajmniej nie w pierwszej kolejności. 
Najpierw pomyślę o małym skwerku przy Ponte alle Grazie i Lungarno Torrigiani, gdzie piliśmy wino, jedliśmy ser i tarallini. A deszcz w niczym nam nie przeszkadzał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz