piątek, 24 marca 2017

safflower & cleansing oil

Po raz drugi robię już olejek do demakijażu twarzy z krokoszem barwierskim. Pierwszy sprawdził się idealnie. Zawsze po umyciu przecierałam twarz jeszcze raz wacikiem namoczonym w olejku, i o dziwo zawsze pojawiały się na nim pozostałości po makijażu. Dodatkowo po przetarciu twarzy skóra pozostaje nawilżona i miękka, a olejek ma bardzo przyjemny zapach.
Tym razem zastąpiłam olej ze słodkich migdałów olejem z czarnuszki siewnej. Znajduje on zastosowanie głównie przy skórach alergicznych i trądzikowych. Dzięki zawartości olejku eterycznego używany jest także w aromaterapii, a olejkowi do mycia twarzy nadaje łagodny i przyjemny zapach. 

potrzebne składniki

80 gr Olej z czarnuszki siewnej
9,5 gr Olej krokoszowy 
10 gr Glyceryl cocoate 
0,5 gr Witamina E 


Do zlewki wlewamy oleje, następnie glyceryl cocoate, a na koniec dodajemy witaminę E. Całość mieszamy i przelewamy do buteleczki. Olejek należy przechowywać w temperaturze pokojowej, a jego ważność sięga do pół roku.

safflower

Krokosz barwierski to roślina o żółtych kwiatach, które w już w starożytności używane były jako substytut szafranu do barwienia potraw, na co zresztą wskazuje sama nazwa. Napar z kwiatów ma właściwości uspokajające i rozkurczowe. Z kwiatów krokosza można również wyprodukować wino.


Do tej pory zetknęłam się jednak tylko z olejem z nasion krokosza.

Głównym i chyba najważniejszym składnikiem oleju z krokosza jest kwas linolowy, który ma zarówno wiele właściwości zdrowotnych (zapobiega zawałowi serca, udarowi, miażdżycy) jak i kosmetycznych, pomiędzy którymi nawilżanie i regeneracja skóry, zmniejszenie jej przebarwień, a również wzmocnienie włosów. Następnie możemy w nim odnaleźć także kwasu olejowy, kwas palmitynowy, kwas stearynowy, kwas linolenowy, kwas arachidowy.
Olej z nasion krokosza jest również naturalnym źródłem witaminy E, która przeciwdziała starzeniu się skóry i łagodzi objawy nadmiernego wystawienia skóry na działanie promieni UV.
Olej z krokosza bywa więc często stosowany w kosmetykach przeznaczonych do cery tłustej, mieszanej, ze skłonnością do stanów zapalnych. Używany jest także jako czysty olejek do ciała, a także w kosmetykach przeznaczonych do pielęgnacji włosów.

środa, 22 marca 2017

veggiestan & peppers filled with moghrabieh

Już chyba tradycją się stało, że sięgając po przepisy z mojej ulubionej książki Veggiestan, nie mogę dostać jakichś składników. Tym razem było tak z moghrabieh, czyli grubym kuskusem z pszenicy. Zastąpiłam go tym razem drobną kaszą kuskus, ale kiedy tylko natrafię na moghrabieh, na pewno przepis powtórzę. Danie przypomina trochę nadziewane greckie papryki, poza dodatkowymi przyprawami, takimi jak piment i cynamon, jak również kolendrą. I oczywiście w Grecji papryki nie są zielone, a żółte.

potrzebne składniki


8 dużych zielonych papryk
100 gr moghrabieh
oliwa z oliwek
1 czerwona papryka
1 duża cebula
2 łodygi selera naciowego
3 ząbki czosnku
2 łyżeczki pimentu
 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego szafranu
500 ml bulionu warzywnego
świeża kolendra
świeża pietruszka
świeży koperek
sól
150 ml passaty lub soku z pomidorów

Gotowanie zaczynamy od przygotowania papryk. Odcinamy górę i wyjmujemy środek. Kuskus należy wypłukać.
Na patelni rozgrzewamy oliwę, i podsmażamy na nim pokrojoną czerwoną paprykę, cebulę i seler. Kiedy warzywa zmiękną dodajemy przyprawy i kuskus. Dodajemy szafran do bulionu warzywnego, który wlewamy do warzyw i kuskusu. Kiedy kuskus wchłonie bulion dodajemy kolendrę, pietruszkę i koperek, a następnie przyprawiamy do smaku.
Farsz przekładamy do papryk, dodając na wierzch passaty, a całość przykrywamy folią i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 190 stopni, na około 30 minut.
Pieczone papryki podajemy z ciepłym chlebkiem i jogurtem lub tzatziki.
Bliskowschodnia potrawa, podobnie do greckiej, świetnie smakuje w gorące dni podawana w chłodniejszej temperaturze, niż prosto z pieca.

niedziela, 19 marca 2017

winter mood - Szyndzielnia & Klimczok

Jednym z wielu dodatnich aspektów, które mogę odnaleźć w mieszkaniu na Śląsku, jest jego bliskie położenie do gór. Kolejnym przystankiem wśród moich wycieczek był ponownie Beskid Śląski, a konkretnie szczyty Szyndzielnia i Klimczok.
Wejście na górę pokonaliśmy od Schroniska PTTK Dębowiec zielonym szlakiem aż do Schroniska PTTK Szyndzielnia, skąd następnie udaliśmy się żółtym szlakiem na szczyt Klimczok, potem czarnym do Siodła pod Klimczokiem, a w końcu niebieskim do Schroniska PTTK Klimczok. Trasa była bardzo malownicza, jednakże chyba ze względu na wybór dnia wycieczki (sobota) zbyt zatłoczona. Nie wiem, czy również nie przez panujące warunki atmosferyczne (w radio powtarzano wciąż jedno słowo "smog"), było trochę szaro... 


Wzdłuż zielonego szlaku przebiega także trasa nazwana Dziabar MTB Trail utworzona przez Enduro Trails Bielsko-Biała. Na ich stronie widnieje również zakładka "Ścieżki biegowe", jednakże nic się pod nią nie kryje... mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni, gdyż trasa, którą widziałam w drodze na Szyndzielnię wyglądała ciekawie i bardzo profesjonalnie.
Ale do gór wracają, Szczyt Szyndzielnia znajduje się na wysokości 1026 m n.p.m. 


Schronisko o tej samej nazwie zbudowane zostało w 1897 roku i tym samym jest najstarszym schroniskiem w Beskidach. Po przekroczeniu progu miałam przez chwilę wrażenie, jakbym znajdowała się w bardzo starym i odludnym miejscu, gdzie schronienie znajdują ludzie i ich psy, a przecież na szczyt prowadzi kolej linowa z Olszówki.


Kolejnym celem w tym dniu, było zdobycie szczytu Klimczok, na wysokości 1117 m n.p.m.


Tutaj niestety pogoda całkowicie nie dopisała i do schroniska szliśmy praktycznie we mgle. Samo schronisko górskie swoim klimatem było zupełnie różne od Szyndzielni. Panie poubierane były w góralskie stroje, sale przyoozdobione choinkami i światełkami, kwiatami, a okna kolorowymi zasłonami. Menu mogłabym określić jako standardowe schroniskowe. Być może w niewielu schroniskach górskich jeszcze w swoim życiu miałam okazję przebywać, jednakże przyzwyczaiły mnie one raczej do dobrej, domowej polskiej kuchni. Tego o schronisku Klimczok jednak nie da się powiedzieć. Niestety.


Całą wyprawę uważam za interesującą, nie jestem pewna czy chciałabym ją tymczasem powtórzyć. Być może skusiłabym się na wejście ze strony Szczyrku?
Powrót w półmroku okazał się dużo ciekawszy, niż samo wchodzenie, a to przede wszystkim ze względu na zdecydowane pustki na szlakach (spotkaliśmy jedynie dwie osoby zjeżdżające na rowerach) i przepiękne widoki na rozświetlone Bielsko.