czwartek, 27 kwietnia 2017

abyssinian oil


Olej abisyński powstaje z nasion modraku abisyńskiego. To jednoroczna roślina występująca w rejonie Morza Śródziemnego, a dokładnie na Wyżynie Abisyńskiej.
Olej abisyński bogaty jest w kwas erukowy - nienasycony kwas omega-9. Dzięki jego obecności olej wykazuje niezwykłe działania nawilżające. Tworzy również na skórze niewidzialną warstwę ochronną, która powoduje utrzymanie wysokiego poziomu nawodnienia skóry i chroni ją przed czynnikami zewnętrznymi.
Oprócz kwasu erukowego olej zawiera także kwasy tłuszczowe: palmitynowy, palmitoleinowy – oleinowy, linolowy, stearynowy, linolenowy arachidowy, behenowy i lignocerynowy.
Charakteryzuje się jasnym słomkowym kolorem i prawie bezwonnym zapachem.
Wykazuje działanie antyoksydacyjne dzięki czemu doskonale chroni przed wodnymi rodnikami i powstrzymuje proces starzenia się skóry. Nadaje skórze elastyczność i przyspiesza regenerację naskórka.
Poza stosowaniem na skórę twarzy olej można również wykorzystać w preparatach pielęgnacyjnych przeznaczonych do włosów, dłoni, paznokci, stóp. Z olejem abisyńskim można również wykonać kąpiel, dzięki czemu nasze ciało pozostanie miękkie i nawilżone. Olejek można także  wykorzystać po opalaniu, gdyż dzięki swoim właściwościom nawilżającym przyniesie ukojenie po zbyt długiej ekspozycji na promienie UV.
W swojej pielęgnacji od dnia dzisiejszego zastąpię do tej pory używany przeze mnie olej ze słodkich migdałów olejem abisyńskim i będę stosowała czysty olej bezpośrednio na skórę twarzy. Na razie nie będę łączyła go z innymi składnikami ponieważ jestem ciekawa efektów jakie przyniesie sam olejek.
Jednym z pierwszych pozytywnych aspektów jest to, że olej nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Jestem bardzo ciekawa dalszych efektów.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Dal Tadka

Jeszcze ponad dwa lata temu moimi ulubionymi daniami były te proste, wykonane z małej liczby składników, o konkretnych i wyrazistych smakach, z maksymalnie trzema przyprawami i ziołami.
Dziś świetnie odnajduję się także w skomplikowanych przepisach, łączących w sobie kilka smaków. I taka jest właśnie dla mnie kuchnia indyjska, w której dopiero raczkuję.
Dal Tadka to indyjskie curry, czyli danie w formie sosu z warzywami. Dal oznacza nic innego jak warzywa strączkowe, natomiast słowo Tadka w nazwie dania wskazuje na to, że zostało ono doprawione na koniec przyprawami, które były podsmażone na gorącym tłuszczu.
Przepis otrzymałam od znajomego z pracy.


potrzebne składniki

1 szklanka czerwonej soczewicy
1 cebula
2 pomidory
2 ząbki czosnku
2-centymetrowy korzeń imbiru
1/4 łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka soli
3 szklanki wody
3 łyżki oliwy
sok z cytryny

składniki na Tadkę

1/2 łyżeczki ziaren kminu rzymskiego (ja użyłam mielonego)
1 łyżeczka ziaren gorczycy
1 zielona papryczka chili (ja użyłam czerwonej pepperoni)
kilka listków curry (ja użyłam liście kaffiru)

Posiekaną cebulę musimy zeszklić na gorącej oliwie rozgrzanej w garnku, dodajemy kurkumę, sól, czosnek oraz imbir, podsmażamy i mieszamy. Następnie dodajemy pokrojone na małe kawałki pomidory i dalej chwilę smażymy.
Do garnka wsypujemy wypłukaną wcześniej soczewicę i zalewamy ją wodą. Dusimy pod przykryciem przez około 20 minut.
Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy przyprawy na Tadkę: kmin rzymski, gorczycę, posiekaną papryczkę oraz kilka listków curry. Smażymy przez chwilę a następnie tak gotowe przyprawy dodajemy do garnka z soczewicą. Całość jeszcze przez chwilę dusimy pod przykryciem. Solimy do smaku i dodajemy odrobinę soku z cytryny.

sobota, 22 kwietnia 2017

cocoa & coco body butter

Kilka znajomych osób opowiadało mi o tym, że jeśli masło do ciała zmiksuję mikserem, to uzyskam przyjemną puszystą masę. Do tej pory, przyznam szczerze, trochę bałam się tego eksperymentu, i ograniczałam się do roztapiania wszystkich składników w kąpieli wodnej, a następnie pozostawiałam do zgęstnienia. Taka konsystencja mi samej bardzo odpowiadała, ale kiedy postanowiłam wykonać masło do ciała na prezent, stwierdziłam, że można w tej materii trochę zaryzykować.

potrzebne składniki


masło kakaowe
masło shea
olej kokosowy
olej z krokosza

Wszystkie składniki w takiej samej ilości rozpuściłam w kąpieli wodnej, a następnie odstawiłam do ostygnięcia. Ponieważ masa nie chciała zgęstnieć, wstawiłam ją na trochę do zamrażarki, do momentu aż zaczęła przybierać białą barwę. Następnie całość miksowałam zwykłym mikserem kucharskim, do uzyskania puszystej konsystencji.
Zdecydowałam się jedynie na jeden produkt oleisty (myślę, że olej z krokosza można również zastąpić oliwą z oliwek) i nie dodawanie utwardzacza, gdyż za niego służyło mi masło kakaowe. Także ze względu na jego obecność i przyjemny zapach oleju kokosowego, postanowiłam nie dodawać żadnego olejku zapachowego.


Efekt jest powalający. Nie dość, że samego produktu jest zdecydowanie więcej, to przyjemnie rozprowadza się na skórze, Przepis ten na pewno będę powtarzać niejednokrotnie.

winter mood - Wielka Rycerzowa

Na swoją pierwszą prawdziwą górską wyprawę zostałam zabrana na Wielką Rycerzową. I miejsce to chyba już do końca mojego życia pozostanie owiane pewnym romantyzmem i czułością.
Ale zacznę od samego początku. W Beskid Żywiecki wyruszyliśmy samochodem z rana, i muszę przyznać, że trasa układała się bardzo malowniczo, aż do zjazdu z Żywca, gdzie samochód zaczął przemieszczać się po co raz mniejszych drogach, by w końcu po wyjechaniu z Ujsoł przenieść nas w nagle iście zimowy górski krajobraz. Jedyne na co miałam ochotę, to otworzyć okno i chłonąć zimne powietrze na moich policzkach.
Samochód postanowiliśmy zostawić na parkingu przy drewnianym kościółku we wsi Soblówka, by stamtąd wyruszyć czarnym szlakiem pod górę. Dystans wynosił około 6 km, przewyższenie około 500 metrów. Schronisko informowało, że jest to jedyny szlak, którym da się dotrzeć na górę, wiódł on jednak drogą utartą, wydaje się że zbudowaną (ciężko ocenić w zimowych warunkach).


Niezbyt zmęczeni, jednak trochę już głodni dotarliśmy do Bacówki PTTK na Rycerzowej, która miała stanowić dla nas schronienie na noc. Zostawiliśmy więc nasze bagaże, wypiliśmy piwko i wyruszyliśmy, aby zdobyć szczyt i pętelką przez Przełęcz Przysłop niebieskim i żółtym szlakiem wrócić do schroniska.


Wielka Rycerzowa to szczyt o wysokości 1226 m n.p.m, znajdujący się na głównej grani, na granicy Polski i Słowacji. Z tego punktu, można dostrzec niewiele (a może nam się po prostu nie udało?), z samej hali natomiast widzieliśmy Babią Górę, Pilsko, same Tatry (co podobno zdarza się tylko przy naprawdę dobrej widoczności), a z trochę wyższego położenia w kierunku szczytu - Małą Fatrę.




Robiąc kółko wokół schroniska dotarliśmy do Przełęczy Przysłop znajdującej się na wysokości 940 m n.p.m. i pomiędzy szczytami Wielkiej Rycerzowej i Świtkowej. Grzbietem Przełęczy Przysłop przebiega granica polsko-słowacka, i to właśnie tutaj znajdowało się kiedyś przejście graniczne. Grzbietem przełęczy przebiega także Wielki Europejski Dział Wodny pomiędzy zlewiskiem Morza Czarnego a Morza Bałtyckiego. 



Po powrocie zjedliśmy porządną kolację w Bacówce, i tutaj godna polecenia jest zdecydowanie specjalność Bacówki, czyli racuszki z sosem borówkowym. Z racji braku elektryczności w schronisku (prąd włączany jest jedynie na 2h w nocy, dzięki czemu można podładować telefony i wziąć prysznic w ciepłej wodzie), wszyscy goście zbierają się w jadalni przy kominku. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć przypadkowych spotkań (jakże byłam zdziwiona, kiedy mężczyzna spożywający kolację na przeciwko nas w samotności nagle zorganizował sobie gitarę i sam do siebie zaczął grać i śpiewać, a po dłuższej chwili dołączyli się do niego inni), i zawierania nowych znajomości (trzech mężczyzn nagle wstało, powiedziało, że idzie rozpalić ognisko i wszyscy są zaproszeni, z czego chętnie skorzystaliśmy).


Następnego dnia z rana musieliśmy niestety już wracać, i na drogę powrotną obraliśmy szlak żółty, zdecydowanie ciekawszy, chociaż niemało mieliśmy problemów aby wpierw go odnaleźć, brnąc po kolana w śniegu, a potem nie zgubić.
Pobyt na Rycerzowej zdecydowanie pobudził moje zainteresowanie. Już teraz zapisałam się na bieg Mała Rycerzowa, który ma miejsce w sierpniu, i jeśli tylko okoliczności będą sprzyjające to się na niego wybiorę. Wieczora spędzonego przy piwie w Bacówce snuliśmy także plany na przejście szlaku granią, latem, od schroniska do schroniska. I mam nadzieję, że plan ten zostanie kiedyś zrealizowany.

czwartek, 20 kwietnia 2017

ayurvedic face toner

Od pewnego czasu zaczęłam stosować hydrolat w codziennej pielęgnacji twarzy jako substytut toniku. Hydrolat jest nazywany także wodą kwiatową bądź też hydrozolem i jest produktem ubocznym powstającym podczas pozyskiwania olejku eterycznego.Hydrolat taki zawiera wszelkie substancje rozpuszczalne w wodzie z danej rośliny jak i niewielkie ilości olejku eterycznego.
Najbardziej znanym ze wszystkich jest chyba woda różana, popularna w krajach arabskich jak i na Cyprze, gdzie służy do przemywania rąk.
Do tej pory używałam czystego hydrolatu rumiankowego, który wskazany jest dla skóry wrażliwej i delikatnej. Ma właściwości nawilżające i przeciwzapalne. Hydrolat ten świetnie sprawdzał się w codziennej pielęgnacji rano i wieczorem.


Tym razem postanowiłam jednak wypróbować hydrolat miętowy, który odświeża, wzmacnia i ochładza (jest więc idealny dla doszy Pity).
Hydrolat zdecydowałam się wzmocnić kwasem hialuronowym, dzięki czemu mój naturalny tonik zwiększy swoje działanie nawilżające i pozostawi skórę gładką i odświeżoną na dłużej.


Hydrolat miętowy działa antybakteryjnie i przeciwzapalnie, dzięki czemu jest idealny do cery skłonnej do wyprysków, przyspiesza gojenie i łagodzi reakcje alergiczne.

winter mood - Równica


Przed wyruszeniem w Tatry jeszcze raz postanowiłam wybrać się na samotną jednodniową wyprawę. 

Tym razem postanowiłam zdobyć Równicę - szczyt położony na wysokości 885 m n.p.m. w Beskidzie Niskim.
Trasę pokonałam wychodząc z Brennej zielonym szlakiem i myślę, że był to bardzo dobry wybór. Długość całej trasy i z powrotem to około 11,5 kilometra (z wejściem na szczyt), a przewyższenie około 617 metrów. Po drodze nie spotkałam praktycznie nikogo (fakt, że podróżując w tygodniu jest to dosyć częste), w przeciwieństwie po dotarciu na szczyt, gdzie przy schronisku znajdowało się kilka innych budynków, ośla górka, olbrzymi hotel, a z Ustronia prowadzi droga asfaltowa.

Trasa z Brennej była wprost przepiękna. Dopisała także słoneczna pogoda, z lekkim mrozem, który pozwalał swobodnie poruszać się po śniegu.



Na szczycie zjadłam oczywiście w Schronisku PTTK pierogi ruskie i wypiłam kawę, i ze względu na zatłoczenie wokół szczytu (także sprzętów ciężki wwożących rodziców z dziećmi na szczyt) postanowiłam dość szybko się ewakuować.


Chyba po raz pierwszy czułam o wiele więcej satysfakcji z samej drogi, śniegu, malowniczych krajobrazów ze szlaku, niż z dotarcia na sam szczyt.